BLOG MAMOFYEN - RODZYNKI WYDŁUBANE Z ŻYCIA (kontynuacja utraconego) To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić...
28 kwietnia 2026
Maj zapowiada mi się bardzo pracowicie i będzie obfitował w ważne wydarzenia. Po pierwsze jadę do diabetologa do Gdańska, do pani doktor, którą wynalazłam w sieci w sytuacji niemożności umówienia się do mojej diabetolog w Słupsku, choć... czy ona jest moja to nie wiem, bo byłam u niej zaledwie dwa czy trzy razy. Nie widziałam diabetologa ponad dwa lata, a miałam się raz w roku pokazywać, więc czas się ruszyć.
W maju też jest doroczny schroniskowy festyn, na którym już trzeci raz będę się wystawiała charytatywnie z moimi octami i kremikami. Muszę przygotować całą ofertę i wystrój stoiska, a z tym jest sporo roboty. Z octami to tylko rozlewanie i etykietka z nazwą, ale z kremikami większa kołomyja, tym bardziej, że nie do końca jeszcze wiem jakie będę robić i muszę w najbliższych dniach to zaplanować. No i opracowanie etykietek dłużej tu trwa, bo w opisie są podawane wszystkie składniki i trzeba uważać, żeby czegoś nie pomylić i nie przeoczyć, bo na przykład jedne panie są uczulone na wosk pszczeli a inne nie cierpią oliwy i czują ją w kremie, jeśli zioła macerowane były właśnie w oliwie. Ponieważ caluteńki utarg oddaję schronisku, to w tym roku poprosiłam ich o zakup opakowań - słoiczków i butelek.
Kolejnym majowym wydarzeniem będzie wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca na nasz doroczny integracyjny weekendzik. Mamy tam wynajęte mieszkanie, a jedziemy do Ołomuńca pociągiem czeskich linii z Krakowa.
O koncercie już mi się nie chce teraz pisać i żałuję, że nie napisałam od razu, ale nie tak łatwo wracać i oglądać się za siebie, kiedy tyle rzeczy ciągnie mnie do przodu. I gdzie znowu jest to TU i TERAZ, no gdzie?
25 kwietnia 2026
Wczoraj był dzień mojej przezajebistości, dzień tak zagęszczony i naładowany różnymi rzeczami, jak mi się rzadko zdarza w moim spokojnym życiu emerytki.
Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojadę rano do mojej przychodni na pobranie krwi na badania, przy okazji wskoczę na parę minut do pobliskiego miejsca dawnej pracy (w celach papierkowych), a potem wrócę do domu, zjem śniadanie i jadę do Lokisa. I to by mi już wystarczyło, zważywszy, jak skomplikowana jest logistyka moich miejskich wypraw. Do miasta wjeżdżam bowiem tylko kawałeczek i tam parkuję w małym centrum handlowym, a dalej przemieszczam się komunikacją miejską, tym razem z siuśkami do badania w torebce.
Jednak w czwartkowe popołudnie dostałam wiadomość, że w centrum miasta czeka na mnie do odbioru miejscówka na koncert, o którym marzyłam, a na który biletów już nie dostałam, bo za późno się zorientowałam. Osoba, która dysponowała wejściówką, wybierała się na ten koncert, ale w ostatniej chwili musiała zrezygnować i to ja na tym skorzystałam.
Tak więc po badaniu i papierkowaniu oraz uściskach z kilkoma osobami, które spotkałam na szkolnych korytarzach, zjechałam do centrum miasta i tam odebrałam swoją wejścióweczkę w eleganckim sekretariacie. Potem już mogłam dotrzeć na parking i po zrobieniu szybkich zakupów wyruszyć do domu na śniadanie. Zjadłam, dokonałam niezbędnych obrządków, czyli otworzyłam foliak i powynosiłam na werandowanie skrzynki z rozsadą pomidorów i natychmiast wyjechałam do schroniska.
Na poranne badania wyruszyłam równo o 8:00, a już o 11.45 zasuwałam z Lokisem do lasu. Lokis, mój trzeci pies zaoczny, mieszka od paru dni na kwarantannie, bo ma wreszcie włączony plan odchudzania. Dostaje odmierzaną dawkę karmy dla grubasów i siedzi teraz w jednoosobowej schroniskowej celi, dzięki czemu nie ma kogo obżerać. Dla mnie to wygoda, bo mogę sama go wziąć na spacer i nie muszę szukać drugiej osoby, która weźmie też z boksu jego towarzysza.
Znalazłam niedawno superancko piękne miejsce w lesie i tam z nim chodzę na samotne miłe spacery, które są zawsze czasem spokoju i spowolnienia. Oprócz tego łażenia i bardzo pracowitego węszenia, Lokis potrzebuje wciąż nauki kontaktu z dotykiem ludzkiej ręki i spokojnym głosem człowieka, a także oparcia i dodania pewności w chwilach przestrachu i zaskoczenia nieznanymi dźwiękami i widokami. Mamy tam stare drzewa, świetliste polanki, wielki wąwóz i strumyk, jest tam też coś w rodzaju jeziorka, otoczonego podmokłym terenem, a to już jest dla niego największa frajda i przyjemność.
Lokis uwielbia bowiem wodę i kiedy ją tylko poczuje, to muszę mieć się na baczności i wdrażać intensywne hamowanie butami, żeby się nie skąpać razem z nim. Aż miło patrzeć, ile on z tego czerpie radości! Brodzi, człapie w wodzie, kładzie się w niej z lubością i chętnie posiedziałby tam chyba z godzinę. No a potem i ja jestem już ubłocona, nie da się inaczej. Ostatnio po spacerach idę z nim jeszcze do nowego psiego parku przy schronisku, gdzie jest czas na swobodne chodzenie bez smyczy. Ostatnio (i wczoraj znów!) zaczął się bawić, chwytając rzucony sznur do przeciągania. Podrzucał go sobie i chwytał znów, skakał, warczał, podbiegał - aż miło było patrzeć. I wyraźnie widać, że zabawa to nie jest coś, z czym miałby on do czynienia w swoim przedschroniskowym życiu.
Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad i natychmiast się położyłam, bo wiedziałam, że mam na ten relaks tylko niespełna pół godzinki, miała bowiem do mnie przyjść na kawkę sąsiadka ze wsi, z którą kiedyś często się spotykałyśmy, a teraz już z rzadka i dawno jej nie widziałam. Wygoniłam ją równo o 17:00 bo musiałam przecież wykonać kolejną w ciągu tego dnia zmianę wcielenia na miastowe wieczorowe, tym bardziej, że jeszcze niedawno wyglądałam tak:
Już się nie będę dłużej rozpisywać, w każdym razie wieczorny koncert był cudowny, ale o tym napiszę pewnie w kolejnej notce.
Mamusiu - powiedział Młody, któremu opowiedziałam to wszystko przez telefon - jest coś takiego, jak choroba afektywna dwubiegunowa, która charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji, a ja mam wrażenie, że u ciebie występuje tylko ten pierwszy rodzaj.
Ale mu zaraz wytłumaczyłam, że objawy depresji to ja mam codziennie od 18.00, kiedy to zalegam na sofie z robótką lub nawet bez niej, bo nie mam siły wziąć drutów do ręki.
06 kwietnia 2026
To były bardzo dziwne święta wielkanocne, kiedy to współczynniki przyjemności i dyskomfortu rozłożyły się dziwnie proporcjonalnie, zupełnie tak, jak gdyby podlewać świeżo wysiane nasionka zbyt dużym strumieniem wody i cała ta woda spływa w jeden kąt doniczki wraz z nasionkami, a w reszcie nie zostaje nic.
Pierwszy dzień świąt był całkiem do dupy, oprócz tego może, że przygotowałam nam ładny stół śniadaniowy i odwróciłam ustawienie stołu w pokoju, wraz z dywanem, co było zaskakująco korzystną zmianą. Potem już było pozmiatane, bo nażarłam się tak, jakbym miała zaprząc się do pługa i siłą ramion (bez konia) zaorać wszystkie pola w naszym sołectwie. Orać jednak nie poszłam, za to już przez resztę dnia czułam się, jak TIR i tak aż do 19.00, więc mogłam tylko leżeć i oglądać "Grę o tron" i marzyć o tym, by wreszcie się skończyła, bo ostatni sezon miał kilka odcinków tak skonstruowanych, że z nudów muchy zdychałyby w locie, gdyby były (ale ich nie ma, bo jest zimno i piździ). Przez tę cholerną zimę weszłam w ten serial po raz drugi i wiadomo - jak już weszłam to musiałam brnąć i odłożyć na bok inne dobra kultury, co mnie wyczerpało psychicznie do granic wytrzymałości. No i przez to przeżarcie nie mogłam już nic jeść, aż do 19.00, kiedy to wreszcie zjadłam moje mazurki bezcukrowe (ale się nie cieszyłam, zwłaszcza że o takiej porze nie jadam już nigdy niczego).
Wieczorem Stary stwierdził, że skoro w tradycji drugi dzień świąt był tym dniem, kiedy to chodziło się w gości i odwiedzało innych ludzi, to on jutro zaprasza mnie do siebie (czyli na górę) na śniadanie.
No i faktycznie zrobił i zaniósł na górę całe śniadanie i w trakcie tylko raz zapytał "gdzie my mamy sól", bo trzeba było dosypać do solniczki. No ale nakrył ładnie stół i wszystko co trzeba na nim było, i była nawet ta napełniona solniczka, bo dla mnie wszystko jest zawsze niedosolone i już koleżanki w akademiku "Nawojka" straszyły mnie, że od tej soli umrę na nerki, a tymczasem ja żyję i nie umieram.
Tak więc drugi dzień świąt zaczęłam tym miłym proszonym śniadaniem, a potem pojechałam do schroniska, gdzie była zaplanowana akcja sprzątania naszych tras spacerowych. Poszłam z D. i M. piękną trasą przez las, gdzie wielkie drzewa osłaniały nas i dzięki temu wicher nie urwał nam łbów. Dostałam od nich w prezencie taki składany wichajster z chwytakiem do podnoszenia śmieci z ziemi i przyznam, że super się tego używało i wcale nie trzeba się było schylać. Nazbieraliśmy masę śmieci (segregowanych od razu do kolorowych worków) i upewniłam się tylko, że w tej dziedzinie działalności, jaką jest produkcja i rozrzucanie po świecie wszelkiego syfu, człowiek jest nieprawdopodobnie produktywną istotą.
Po powrocie do domu pracowałam jeszcze w ogrodzie w dwóch turach - przedobiednio i poobiednio. Wyczyściłam i uporządkowałam jeden taki zapomniany zakątek, a zaplanowałam to sobie już wczoraj. Rosną tam dwa derenie jadalne, jeżynomaliny, jabłonki, róża New Dawn ukorzeniona z patyczka oraz podlaskie dwie galliki, przywiezione niegdyś przez Zuzię i AWR.
Podczas pracy z niedowierzaniem przyglądałam się tumanom rudego kurzu przemieszczającego się nad linią horyzontu, a kiedy dołączył się do tego ryk wozu strażackiego, to nie mogłam nie nagrać filmiku na swój kanał.
Pod wieczór dobiłam do brzegu i zasiadając do laptopa otworzyłam sobie wino czerwone wytrawne, aby stłamsić ten ogłuszający ryk wiatru, towarzyszący nam od soboty i mieszający zawartość puszki mózgowej.
Czego efektem jest ta notka.
03 kwietnia 2026
Jak wiedzą Czytelnicy i nie tylko oni, miałam w swoim życiu emerytalnym dwuletni epizod, kiedy to jeździłam przez las do pracy i miałam co prawda więcej pieniędzy, ale mniej czasu. To dla tej pracy kupiłam moje autko i nauczyłam się nim jeździć i wszystko zapowiadało się bardzo fajnie. Wkrótce jednak się okazało, że bezsensowne jest samo założenie dawania biblioteki społeczności, która kompletnie takiej potrzeby nie odczuwa - dostali coś, z czego korzystać ani nie chcieli, ani nie umieli.
Tak więc miałam więcej pieniędzy, ale też więcej wkurwienia i niezrozumienia dla porządków rzeczy panujących w układzie, w jakim się znalazłam. No i wyrwałam się z tego układu i obecnie celebruję pierwszy sezon, kiedy to jestem całkowicie dostępna dla ogrodu. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że jedyną beneficjentką całego układu, w jaki popadłam była i jest nadal jedna jedyna osoba, należąca do kategorii osób, na widok których przechodzę na drugą stronę ulicy i z którymi nie chcę mieć do czynienia w żadnych okolicznościach.
Mam w tym sezonie już ponad dwieście róż, dokładnie 221 w 143 odmianach, przy czym liczba egzemplarzy jest oczywiście nieprecyzyjna. Nie da się bowiem policzyć skupisk tubylczych róż francuskich czy rugosy i wtedy liczę je jako jedną. Mam też nowy warzywnik, a zarówno jedno i drugie, to pracochłonne pożeracze czasu. No ale wreszcie ten czas mam i zachwyca mnie tryb przedwiosennych prac, który w tym roku przyjęłam. No coś niesamowitego - zaczynam jakąś robotę i kończę ja, a nawet porządkuję miejsce, gdzie ją wykonywałam.
Tnę grupę trzech róż parkowych Astrid Lindgren, które bardzo ucierpiały po zimie, a więc wymagają solidnej ingerencji z sekatorem i cięcia prawie do ziemi. I co? No muszę mieć na to ponad godzinę i ją mam! Włączam sobie audiobooka, podjeżdżam taczką z narzędziami i zaczynam. A kiedy kończę, róże są przycięte, podpory ustabilizowane, miska wokół nasady porządnie odchwaszczona, spulchniona i nawieziona, a gałęzie wywiezione na stertę do spalenia.
Nie muszę się nagle zrywać - bo już trzeba jechać do roboty, przebierać się "do ludzi", pakować, wychodzić. I wyjeżdżać w pośpiechu, zostawiając rozgrzebaną robotę, bardzo ważną i potrzebną - zaczętą ale znów niedokończoną - a potem popadać tam w ten stan marazmu i poczucie bezsensu. A niech szlag trafi te pieniądze.
28 marca 2026
Trzask-prask i minęły dwa tygodnie od ostatniej notki! No ale to jest wiosna, a czas okołowiosenny w ogrodzie to mnóstwo roboty, najpierw sprzątania po zimie, a potem już wreszcie układanie tego nowego sezonu. Nad ranem mamy jeszcze przymrozki, ale dzień już jest długi, bo minęliśmy właśnie równonoc i słońce już świeci prawdziwie, więc kto by się tam przejmował przymrozkami.
Wczoraj posiałam w warzywniku pierwsze warzywa - marchewkę, pietruszkę, szpinak i groszek łuskowy. Mam już zaprojektowany układ warzyw we wszystkich skrzyniach i powoli go sobie teraz realizuję. Niestety dopadł mnie od kilku dni kryzys kolanowo-kręgosłupowy i muszę się poruszać oszczędnie i z rozwagą. No a już na pewno nie mogę pojechać do schroniska. Biorę cudowne prochy i jakoś się przekolebię przez te utrudnienia.
Na ostatnim Dniu Otwartym w schronisku kupiłam na kiermaszu domek dla ptaszków, zrobiony przez kolegę wolontariusza, który z zawodu jest aktorem i reżyserem, a swoje drewniane drobiazgi robi pod marką "Czarodziejska obora". Czy domek będzie zasiedlony, sama jestem ciekawa, choć zdziwiłabym się trochę, bo przecież u nas ptaki mają do wyboru tyle naturalnych szpar, dziurek otworków i zakamarków, które daje stary dom i stare drzewa! Ale wisi i widać go nawet z okna sypialni.
Mamy teraz w domu cztery osoby ludzkie i trzy psięce, bo przyjechał Młody ze swoimi dwiema dziewczynami. Suczki psięce nie zgadzają się ze sobą i Nuka wyraźnie ma obiekcje, ale ona chyba w ogóle nie lubi innych psów. Goście przyjechali na dłużej i chyba cały ten okres, to będzie etap oswajania i integrowania suczek ze sobą, żeby Nuka zrozumiała, że to nie jest żadna obca suczka, tylko stado i rodzina. Funkcjonują tymczasem w oddzielnych pomieszczeniach, a że każda z nich przyjaźnie traktuje Gucia, to zarówno w domu jak i w ogrodzie Gucio działa jak agent na dwa fronty. Popołudniami jest tak wykończony tymi obowiązkami, że pada, jak szmata i ścierwo. Bo ile można. W integracji jest dostrzegalny progres, ale powolny i opieszały, przerywany wybuchami irytacji ze strony Nuki. Jej wcześniejsza ośmioletnia historia, o której możemy mieć tylko mgliste pojęcie, ma w sobie gdzieś podwaliny tej sytuacji, a nam nie pozostaje nic innego, jak monitorować proces i zachowywać przytomność i spokój.
Oprócz integracji w domu odbywa się równolegle integracja spacerowa suczek z chłopami, ale nie ma tego zbyt wiele, bo chłopy są pełnowymiarowo zajęte przy innych zadaniach, o których będzie w trybie otempotem.