13 sierpnia 2026

Wczoraj świat ogarnęła euforia i psychoza w związku z częściowym zaćmieniem słońca, które widoczne było w Polsce (bo całkowite to tylko w Hiszpanii, ale nie jechałam). Mało tego, również w Polsce nie oglądałam, bo stwierdziłam, że skoro nie jestem wyposażona w okulary, to się nie ma co wydurniać i oglądałam sobie streaming na żywo Karola Wójcickiego, którego profil "Z głową w gwiazdach" obserwuję od dawna.

I tu zaczęłam grzebać w zdjęciach, bo mi się przypomniała niezwykła aura podczas całkowitego zaćmienia słońca w sierpniu 1999, kiedy to oglądaliśmy je z dziećmi na krakowskim Rynku Głównym. W kulminacyjnym punkcie ludzie siadali na płycie Rynku, tak normalnie na ziemi i wszyscy odwróceni w jednym kierunku, no naprawdę było to niesamowite, a zwłaszcza kolor świata był wtedy niesamowity i to, jak powracały kolory już po zaćmieniu. Posiadane zdjęcia pokazują, że byliśmy też wtedy w Wieliczce, na Wawelu i w Smoczej Jamie, a także na Słowacji i w Rytrze, gdzie spędzaliśmy wakacje kilka lat z rzędu.

Pierwsze zdjęcie to jest chyba na Szewskiej, Młoda gapi się w słońce


Na drugim - Collegium Novum UJ, gdzie tłumaczyłam córce (wtedy gimnazjalnej), że jeśli studiować, to nie byle gdzie (a tu też gapi się w słońce)


A na ostatnim - macają (na szczęście) serce Dzwonu Zygmunta na Wawelu.


Młoda miała, jak widać, zagipsowaną rękę, chyba złamany palec, czy co, ale ja tego zupełnie nie pamiętam.

Jak więc widać, zaćmienia słońca z niejednego pieca jadłam.

08 sierpnia 2026

Jestem, żyję, jogę robię cały czas, jakby kto pytał. Mało tego, to skoczyłyśmy se nawet z Lalką na jogę do Miasta i mamy ochotę skoczyć znów. 

Z powodu nieprawdopodobnego zapchania dużej zamrażarki owocami, skończyła mi się faza na mrożenie i muszę się przeorganizować. Wyrzuciłam kiedyś ze swojego życia robienie przetworów do słoików, bo zdarzały mi się skuchy i słoik jeden czy drugi fermentował, a to mnie nieprawdopodobnie stresowało. Jestem bowiem skąpa z natury (po ojcu) i mam tzw. ból dupy na myśl, ile pracy w to włożyłam - od wysiania nasionek aż do wyniesienia przetworów do piwnicy - i jaka potężna energia się zmarnowała. I mam tu oczywiście na myśli wszystkie nakłady materialne i niematerialne.

Postanowiłam więc z tym skończyć i przeszłam na mrożenie. Powyrzucałam i porozdawałam wszystkie słoiki, a w piwnicy zagnieździłam się z maceratami i octami. No ale nie ma wyjścia, trzeba będzie się przeprosić, przynajmniej częściowo. Na pewno zacznę od wyrzucenia ogórków kiszonych, które kisiłam zawsze dla Młodego. Jak przyjeżdżała, to żarł te ogórki całymi słoikami i był zachwycony, a ja również, wiadomo - serce matki. Ostatniej tury jednak już nie skonsumował i niektóre z tych słoików wyglądają jakoś nietenteges, a my kiszonych ogórków nie lubimy, co świadczyć może o tym, że nie jesteśmy prawdziwymi Polakami.

Pierwszym przetworem, nazwanym roboczo "Leczo 1" napchałam cztery słoiki i właśnie się pasteryzują. Wyszło pyszne, bo wczoraj było też na obiad, więc zostało sprawdzone. Skład to pomidory własne od Lalki i oliwa z Cypru także, a reszta moja: cukinie, młode dyńki, pory, czosnek, rozmaryn, selery i pietruszka (całe, nawet z łodygami), fasolka szparagowa. Doprawiłam pieprzem, solą, zielem angielskim i jałowcem oraz octem porzeczkowym własnej roboty z porzeczek własnej uprawy, ufff! I jeszcze dwie sklepowe papryki, czerwone szpiczaste. 

Myślę, że pojawi się jeszcze "Leczo 2" i może kolejne, a skład będzie modyfikowany wraz z upływem sezonu wegetacyjnego. Jeśli ktoś jeszcze na świecie nie widział, jaki mam boski warzywnik, to zapraszam na roleczkę. 

24 lipca 2026

Ponieważ teraz są modne różne jogi szczegółowe, jak na przykład "joga twarzy", "joga w krześle" czy "joga na tarasie", to i ja postanowiłam nadążać za czasami i mam swoją jogę na tarasie. No bo jak Stary wykończył tarasik i ustawiliśmy tam stolik i krzesła, to... aż się prosiło rzucić jeszcze matę. I tak jakoś samo z siebie się porobiło, że od połowy lipca robię sobie codziennie krótką praktykę (tak z pół godziny), rano przed śniadaniem. Wczoraj pierwszy raz mi się tam zachciało wejść do stania na głowie, ale zaniechałam, bo wiało dość mocno i trochę mi dziwnie było, bo ja przecież nie wiem, jak się na wietrze stoi na głowie! Ale dziś już nie wiało. 

Nuka wreszcie przestała sobie wyłamywać pazury i już od dłuższego czasu jest spokój, ale też pilnujemy ich skracania, a ona znosi to z niezwykłym spokojem. Najpierw co prawda ucieka i próbuje uniknąć, ale jak już widzi, że nie ma wyjścia, to się kładzie na podłodze i grzecznie leży. Ja siedzę jej przy głowie z głaskankiem i pochwałami, a Stary kolejno oporządza wszystkie pazury. I naprawdę nie trzeba jej w żaden sposób przytrzymywać czy unieruchamiać, bo ona leży spokojnie i cierpliwie poddaje się egzekucji. Tresowana niemiecka maszyna.

16 lipca 2026

Dwa posty tego samego dnia - omatkoicórko, koniec świata! No ale skoro tarasik się podoba, to pokażę Wam tu jeszcze filmik

Dodam, że Stary zwariował i dziś rozpoczął robienie wędzarni. Wczoraj przyjechały deski na szalunek, a już dziś szalunek został umocowany w miejscu docelowym. Przedmiotowa dziura w ziemi powstała już dawno, więc trochę sobie poczekała na dalsze prace i zarosła pokrzywami oraz innym zielskiem, ale dziś została odchwaszczona i wydobyta na światło dzienne. Dziura wyznacza zarys fundamentu, bo wędzarnia będzie ulokowana w murku, który stanie na tym fundamencie. Szczegóły nastąpią.

Powoli mija lato i choć lipiec mamy chłodny, to akurat chwilowo jest gorąco i padłam w środku dnia i zaległam. 

Mamy w tym roku w ogrodzie klęskę urodzaju i wreszcie są owoce, prawie wszystkie! Mam porzeczki czarne i czerwone, pochrupałam trochę agrestu i podskubuję jeżynomaliny, kończą się już czereśnie, zaczęły się maliny. Będą jabłka, gruszki i borówki. W zestawieniu z ubiegłym sezonem, kiedy nie było prawie nic, to jest naprawdę szaleństwo. Jest przy tym oczywiście kupa roboty i nie nadążam ze wszystkim tak, jak bym chciała, a doba nie jest z gumy.

Mam też ładne warzywa w moich skrzyniach, natomiast niezbyt imponująco zapowiadają się pomidory w foliaku - jakoś mi się wydaje, że słabo się zapylają, bo kwitną i kwitną, ale niewiele owoców wiążą. 

Na bieżąco pilnuję róż - są wszystkie podlane i ogławiane/przycinane kiedy tego wymagają. Nie jestem natomiast w stanie dopilnować odchwaszczania, więc tu działania odbywają się zrywami w stylu rozpaczliwym. 

Powoli, w miarę obserwowania ogrodu, rysują nam się plany pewnych reorganizacji jesienno-zimowych, które mają na celu zapobiec wypruwaniu z siebie flaków na tych naszych areałach. Będzie przeorganizowany maliniak, z ograniczeniem ilości malin i to jest nowy pomysł, moim zdaniem zmiana niezbędna. Co roku bowiem nie mogę się wyrobić z odchwaszczaniem malin, a chwastami są tam głównie pokrzywy, co skutkuje tym, że rzucam się do ich wyrywania dopiero wtedy, gdy sięgają po pas, bo jednocześnie zaczynają się już rumienić maliny i nie ma jak się do nich przedostać. 

W lipcu, jednym żwawym zrywem, Stary zrobił cudny tarasik w miejscu, gdzie najczęściej latem przesiadujemy, tuż przy tylnym wyjściu na ogród, przy ścianie domu. Był tam zwykły typowy starodawny podest z betonu, a obecnie jest drewniany taras ze stopniami z belek konstrukcyjnych odzyskanych poremontowo z naszego domu. Super jest teraz to miejsce, a "before i after" robi chyba wrażenie!