17 sierpnia 2026

Dziś muszę zarekomendować autora, który reprezentuje gatunki literackie nie do końca mi bliskie, a jednak sięgnęłam po niego zachęcona przez niezawodną i niestrudzoną moją czytelniczkę i komentatorkę - Ludolfinę. Najpierw były "Poczwarki", potem "Kukułcze jaja z Midwitch", a dziś zaczęłam "Dzień Tryfidów". No naprawdę, bardzo smakowita literatura, a dla mnie na tyle pociągająca, że wytraciłam wszystkie zapasowe punkty w Audiotece na ich zakup. Autor to John Wyndham (1903-1963).

Ostatnio scrollowałam listę kupionych i wysłuchanych tytułów i trochę już tego jest. Oczywiście słuchanie to nie to samo, co czytanie, ale czasy są jakie są i ja (z moim multitaskingiem) z upodobaniem wsiadłam do tej bryczki. Słucham w ogrodzie, podczas różnych monotonnych prac, angażujących bardziej ręce niż mózg, słucham podczas dziergania, jazdy autem, sprzątania, gotowania - choć w tych dwóch ostatnich przypadkach wolę podcasty publicystyczne. I oczywiście wiem, wiem... nie ma szeleszczących kartek i zapachu farby drukarskiej, ale i tak - 60 książek mniej lub więcej - jest różnica.

Zrobiłam sobie screeny z zakładki "Moja półka" i zobaczcie, czego ja się tu przez te kilka lat nasłuchałam. Dwie pozycje zamazane na czerwono dostały się tu jakimś dziwnym trafem jako niechciana i niewykorzystana promocja, więc ich nie liczę. Było kilka pozycji, które mi się stanowczo nie spodobały - czasem z powodu samej treści (Michelle Obama, Naomi Watts), a czasem nie leżał mi głos, czy sposób artykulacji lektora ("Nomadland"). Tu należy wspomnieć, że czasem książkę czyta lektor i tu zdarzają się wspaniałe głosy, takie że potem się szuka kolejnych pozycji "po głosie" lektora. Oczywiście lektorami bywają też profesjonalni aktorzy, ale zdarza się, że książka jest czytana przez samego jej autora. Ciekawe są superprodukcje, realizowane jako słuchowiska i czytane przez cały zespół lektorów i jest to po prostu teatr do słuchania ("Zbrodnia i kara", "Księgi Jakubowe"). Abstrahując od osoby lektora, to nieprzytomnie zachwyca mnie proza Jakuba Małeckiego, co zresztą widać na obrazkach poniżej.

Fajne jest to, że zanim kupię całą książkę, mogę wysłuchać dość miarodajnego, bo kilkudziesięciominutowego fragmentu, dostępnego bez opłat i to pozwala już nabrać przekonania - tak czy nie.

A oto zestawienie, te na dole to pierwsze moje zakupy, a te u góry ostatnie, w tym "Dzień tryfidów" aktualnie w słuchaniu.

13 sierpnia 2026

Wczoraj świat ogarnęła euforia i psychoza w związku z częściowym zaćmieniem słońca, które widoczne było w Polsce (bo całkowite to tylko w Hiszpanii, ale nie jechałam). Mało tego, również w Polsce nie oglądałam, bo stwierdziłam, że skoro nie jestem wyposażona w okulary, to się nie ma co wydurniać i oglądałam sobie streaming na żywo Karola Wójcickiego, którego profil "Z głową w gwiazdach" obserwuję od dawna.

I tu zaczęłam grzebać w zdjęciach, bo mi się przypomniała niezwykła aura podczas całkowitego zaćmienia słońca w sierpniu 1999, kiedy to oglądaliśmy je z dziećmi na krakowskim Rynku Głównym. W kulminacyjnym punkcie ludzie siadali na płycie Rynku, tak normalnie na ziemi i wszyscy odwróceni w jednym kierunku, no naprawdę było to niesamowite, a zwłaszcza kolor świata był wtedy niesamowity i to, jak powracały kolory już po zaćmieniu. Posiadane zdjęcia pokazują, że byliśmy też wtedy w Wieliczce, na Wawelu i w Smoczej Jamie, a także na Słowacji i w Rytrze, gdzie spędzaliśmy wakacje kilka lat z rzędu.

Pierwsze zdjęcie to jest chyba na Szewskiej, Młoda gapi się w słońce


Na drugim - Collegium Novum UJ, gdzie tłumaczyłam córce (wtedy gimnazjalnej), że jeśli studiować, to nie byle gdzie (a tu też gapi się w słońce)


A na ostatnim - macają (na szczęście) serce Dzwonu Zygmunta na Wawelu.


Młoda miała, jak widać, zagipsowaną rękę, chyba złamany palec, czy co, ale ja tego zupełnie nie pamiętam.

Jak więc widać, zaćmienia słońca z niejednego pieca jadłam.

08 sierpnia 2026

Jestem, żyję, jogę robię cały czas, jakby kto pytał. Mało tego, to skoczyłyśmy se nawet z Lalką na jogę do Miasta i mamy ochotę skoczyć znów. 

Z powodu nieprawdopodobnego zapchania dużej zamrażarki owocami, skończyła mi się faza na mrożenie i muszę się przeorganizować. Wyrzuciłam kiedyś ze swojego życia robienie przetworów do słoików, bo zdarzały mi się skuchy i słoik jeden czy drugi fermentował, a to mnie nieprawdopodobnie stresowało. Jestem bowiem skąpa z natury (po ojcu) i mam tzw. ból dupy na myśl, ile pracy w to włożyłam - od wysiania nasionek aż do wyniesienia przetworów do piwnicy - i jaka potężna energia się zmarnowała. I mam tu oczywiście na myśli wszystkie nakłady materialne i niematerialne.

Postanowiłam więc z tym skończyć i przeszłam na mrożenie. Powyrzucałam i porozdawałam wszystkie słoiki, a w piwnicy zagnieździłam się z maceratami i octami. No ale nie ma wyjścia, trzeba będzie się przeprosić, przynajmniej częściowo. Na pewno zacznę od wyrzucenia ogórków kiszonych, które kisiłam zawsze dla Młodego. Jak przyjeżdżała, to żarł te ogórki całymi słoikami i był zachwycony, a ja również, wiadomo - serce matki. Ostatniej tury jednak już nie skonsumował i niektóre z tych słoików wyglądają jakoś nietenteges, a my kiszonych ogórków nie lubimy, co świadczyć może o tym, że nie jesteśmy prawdziwymi Polakami.

Pierwszym przetworem, nazwanym roboczo "Leczo 1" napchałam cztery słoiki i właśnie się pasteryzują. Wyszło pyszne, bo wczoraj było też na obiad, więc zostało sprawdzone. Skład to pomidory własne od Lalki i oliwa z Cypru także, a reszta moja: cukinie, młode dyńki, pory, czosnek, rozmaryn, selery i pietruszka (całe, nawet z łodygami), fasolka szparagowa. Doprawiłam pieprzem, solą, zielem angielskim i jałowcem oraz octem porzeczkowym własnej roboty z porzeczek własnej uprawy, ufff! I jeszcze dwie sklepowe papryki, czerwone szpiczaste. 

Myślę, że pojawi się jeszcze "Leczo 2" i może kolejne, a skład będzie modyfikowany wraz z upływem sezonu wegetacyjnego. Jeśli ktoś jeszcze na świecie nie widział, jaki mam boski warzywnik, to zapraszam na roleczkę. 

24 lipca 2026

Ponieważ teraz są modne różne jogi szczegółowe, jak na przykład "joga twarzy", "joga w krześle" czy "joga na tarasie", to i ja postanowiłam nadążać za czasami i mam swoją jogę na tarasie. No bo jak Stary wykończył tarasik i ustawiliśmy tam stolik i krzesła, to... aż się prosiło rzucić jeszcze matę. I tak jakoś samo z siebie się porobiło, że od połowy lipca robię sobie codziennie krótką praktykę (tak z pół godziny), rano przed śniadaniem. Wczoraj pierwszy raz mi się tam zachciało wejść do stania na głowie, ale zaniechałam, bo wiało dość mocno i trochę mi dziwnie było, bo ja przecież nie wiem, jak się na wietrze stoi na głowie! Ale dziś już nie wiało. 

Nuka wreszcie przestała sobie wyłamywać pazury i już od dłuższego czasu jest spokój, ale też pilnujemy ich skracania, a ona znosi to z niezwykłym spokojem. Najpierw co prawda ucieka i próbuje uniknąć, ale jak już widzi, że nie ma wyjścia, to się kładzie na podłodze i grzecznie leży. Ja siedzę jej przy głowie z głaskankiem i pochwałami, a Stary kolejno oporządza wszystkie pazury. I naprawdę nie trzeba jej w żaden sposób przytrzymywać czy unieruchamiać, bo ona leży spokojnie i cierpliwie poddaje się egzekucji. Tresowana niemiecka maszyna.

16 lipca 2026

Dwa posty tego samego dnia - omatkoicórko, koniec świata! No ale skoro tarasik się podoba, to pokażę Wam tu jeszcze filmik

Dodam, że Stary zwariował i dziś rozpoczął robienie wędzarni. Wczoraj przyjechały deski na szalunek, a już dziś szalunek został umocowany w miejscu docelowym. Przedmiotowa dziura w ziemi powstała już dawno, więc trochę sobie poczekała na dalsze prace i zarosła pokrzywami oraz innym zielskiem, ale dziś została odchwaszczona i wydobyta na światło dzienne. Dziura wyznacza zarys fundamentu, bo wędzarnia będzie ulokowana w murku, który stanie na tym fundamencie. Szczegóły nastąpią.