08 września 2026

Z uroków życia wiejskiego to chyba tyle, że nadchodzi jesień, a więc w domu kończą się muchy, a zaczynają się myszy. Zaczyna się również palenie w piecu i grzanie podłogówki, bo wieczorami już jest naprawdę nieprzyjemny chłód, zwłaszcza jeśli poprzedziła go seria dni z monsunowymi wręcz opadami deszczu. 

Pierwszą w tym sezonie mysz powitaliśmy uroczyście w kuchni - w kontenerze na kubełki do segregacji odpadów dnia 5 września. Po czym śmignęła w narożnik tejże wnęki i skrobała tam przez jakiś czas, a następnie przepadła i nie dała się skusić na dwie żywołapki wyposażone w chrupki psiej karmy oraz kawałeczek hiszpańskiej kiełbasy dojrzewającej fuet, mojej ulubionej, którą sobie od ust odjęłam. Dziś próżno by jej wypatrywać, bo mamy ocieplenie, by nie rzec że upał, jak to często u nas bywa - jednodniowy. A skoro tak, to powróciły muchy, wiadomo.

Skończyłam kolejną koronkową niciankę, śliczna wyszła, lekka i cieniutka.

Bardzo mi się podoba ten wzór i chyba go kiedyś zrobię znów. A w ogóle, to mi chodzi po głowie taki pomysł, żeby tę nicianą serwetkę zrobić w wersji z nici sporo grubszej, na przykład lnianej (lub len z bawełną) i taka serwetka byłaby obrusem na okrągły stolik, który latem mieszka w ogrodzie, a zimą w naszej sypialni.

Korci mnie też strasznie nauka przeprojektowywania ażurów, na razie w formie drobnej korekty oryginalnego projektu - na przykład modyfikowania zewnętrznego borderu, bo nie w każdym projekcie mi się on podoba.

25 sierpnia 2026

 No i jest, abażur pod znakiem "kto bogatemu zabroni"!

To jest lampka, która stoi na parapecie okna, a tuż obok jest sofa. Na tej sofie zalegam produkując moje dzianiny, światło mam zza lewego ramienia - wszystko jedno czy dzienne, czy z lampki, jak wyżej. Dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w bloku, ta lampka przyjechała ze mną z domu mojego dziadka na Dolnym Śląsku i jest to stara drewniana lampka poniemiecka, więc pasuje tu jak złoto.

No i trzecia serwetka się robi, ale chyba będzie żałośnie mała, bo schemat ma tylko 73  rzędy.

23 sierpnia 2026

Tak więc w piątek raniutko byłam w Szpitalu Morskim w Gdyni na piątym zastrzyku izotopowym, a potem spędziłam dwa dni w ortezie sięgającej o morza do Tatr i utrzymującej moje kolano w przymusowym wyproście przez 48 godzin. Pomogło mi to dokończyć nową serwetę, której wzór nakazywał już w ostatnim okrążeniu przerobienie dziewięciuset oczek, więc mili państwo, czas już był. Oto ona, ma metr średnicy, kolor ecru.

Serweta jest wyprana i zablokowana w kształcie i wymiarach i schnie sobie grzecznie na podłodze, rozpięta i przyszpilona do specjalnych piankowych puzzli, na których rozłożona jest bawełniana tkanina. Jestem zachwycona tym wzorem i być może go powtórzę, kto wie! W ogóle ten typ pracy dziewiarskiej zachwyca mnie we wszystkich etapach i aspektach i cała trasa do uzyskania końcowego efektu sprawia mi wielką frajdę. Wlicza się w to czytanie wzoru, a nawet odnajdywanie błędów w schemacie i ich naprawianie! Kto wie, czy się na starość nie wyspecjalizuję, bo już kolejny wzór czeka i nici też przygotowane, więc to już by była trzecia z rzędu. 

Pierwszą z nich robiłam "po nic", po prostu wzór mi się spodobał i postanowiłam, że biorę się za to, zwłaszcza, że kordonki też miałam z jakichś zasobów sprzed kilku lat, też kupione nie wiadomo po co. O, taka, kolor bardzo bardzo bladego różu. Się sprzedała, ma więc swój nowy dom, mam nadzieję, że troskliwy.

Pochwaliłam się nią publicznie i pewna obca osoba poprosiła mnie o wykonanie takiej (tylko większej) serwety na zamówienie, ale przeraziłam się i odmówiłam. Jednak teraz zastanawiam się, czy nie zmienić decyzji. Tamta miałaby mieć średnicę 130 cm i to mnie najbardziej zestresowało, ale jeśli teraz zrobiłam metrową, to w sumie... już niedaleko. Miałby to być dla tej osoby składkowy prezent emerytalny od koleżeństwa z pracy.

Jest jeszcze kwestia ceny i to zarówno jej wysokości, jak i samego sposobu rozliczenia płatności. Tanio ode mnie kupić się nie da. Albo sprzedaję drogo, albo daję w prezencie i tylko te dwie ewentualności wchodzą w grę. Zastanawiam się teraz, ile by miała kosztować taka praca i jaką część płatności powinnam dostać z góry, a jaką po wykonaniu. Nie wiem. Ale wiem kto wie i gdzie tego szukać, więc znajdę.

Serwety na drutach są lekkie i delikatne jak pajęcza sieć i nie da się ich porównać z szydełkowanymi obrusami i serwetami. Szydełko daje wyrób gęsty, zwarty, ciężki i przez to bardziej sztywny, a tu mamy coś zupełnie innego. Precyzja i trudność wykonania też jest zupełnie inna - trzeba ogromniej uważności bo prucie (zarówno przypadkowe i niechciane, jak i kontrolowane) takiej koronki, to jest horror. 

Nowa serweta będzie prawdopodobnie narzucona jako abażur na lampę - albo u Starego na górze, albo u mnie na dole.

17 sierpnia 2026

Dziś muszę zarekomendować autora, który reprezentuje gatunki literackie nie do końca mi bliskie, a jednak sięgnęłam po niego zachęcona przez niezawodną i niestrudzoną moją czytelniczkę i komentatorkę - Ludolfinę. Najpierw były "Poczwarki", potem "Kukułcze jaja z Midwitch", a dziś zaczęłam "Dzień Tryfidów". No naprawdę, bardzo smakowita literatura, a dla mnie na tyle pociągająca, że wytraciłam wszystkie zapasowe punkty w Audiotece na ich zakup. Autor to John Wyndham (1903-1963).

Ostatnio scrollowałam listę kupionych i wysłuchanych tytułów i trochę już tego jest. Oczywiście słuchanie to nie to samo, co czytanie, ale czasy są jakie są i ja (z moim multitaskingiem) z upodobaniem wsiadłam do tej bryczki. Słucham w ogrodzie, podczas różnych monotonnych prac, angażujących bardziej ręce niż mózg, słucham podczas dziergania, jazdy autem, sprzątania, gotowania - choć w tych dwóch ostatnich przypadkach wolę podcasty publicystyczne. I oczywiście wiem, wiem... nie ma szeleszczących kartek i zapachu farby drukarskiej, ale i tak - 60 książek mniej lub więcej - jest różnica.

Zrobiłam sobie screeny z zakładki "Moja półka" i zobaczcie, czego ja się tu przez te kilka lat nasłuchałam. Dwie pozycje zamazane na czerwono dostały się tu jakimś dziwnym trafem jako niechciana i niewykorzystana promocja, więc ich nie liczę. Było kilka pozycji, które mi się stanowczo nie spodobały - czasem z powodu samej treści (Michelle Obama, Naomi Watts), a czasem nie leżał mi głos, czy sposób artykulacji lektora ("Nomadland"). Tu należy wspomnieć, że czasem książkę czyta lektor i tu zdarzają się wspaniałe głosy, takie że potem się szuka kolejnych pozycji "po głosie" lektora. Oczywiście lektorami bywają też profesjonalni aktorzy, ale zdarza się, że książka jest czytana przez samego jej autora. Ciekawe są superprodukcje, realizowane jako słuchowiska i czytane przez cały zespół lektorów i jest to po prostu teatr do słuchania ("Zbrodnia i kara", "Księgi Jakubowe"). Abstrahując od osoby lektora, to nieprzytomnie zachwyca mnie proza Jakuba Małeckiego, co zresztą widać na obrazkach poniżej.

Fajne jest to, że zanim kupię całą książkę, mogę wysłuchać dość miarodajnego, bo kilkudziesięciominutowego fragmentu, dostępnego bez opłat i to pozwala już nabrać przekonania - tak czy nie.

A oto zestawienie, te na dole to pierwsze moje zakupy, a te u góry ostatnie, w tym "Dzień tryfidów" aktualnie w słuchaniu.

13 sierpnia 2026

Wczoraj świat ogarnęła euforia i psychoza w związku z częściowym zaćmieniem słońca, które widoczne było w Polsce (bo całkowite to tylko w Hiszpanii, ale nie jechałam). Mało tego, również w Polsce nie oglądałam, bo stwierdziłam, że skoro nie jestem wyposażona w okulary, to się nie ma co wydurniać i oglądałam sobie streaming na żywo Karola Wójcickiego, którego profil "Z głową w gwiazdach" obserwuję od dawna.

I tu zaczęłam grzebać w zdjęciach, bo mi się przypomniała niezwykła aura podczas całkowitego zaćmienia słońca w sierpniu 1999, kiedy to oglądaliśmy je z dziećmi na krakowskim Rynku Głównym. W kulminacyjnym punkcie ludzie siadali na płycie Rynku, tak normalnie na ziemi i wszyscy odwróceni w jednym kierunku, no naprawdę było to niesamowite, a zwłaszcza kolor świata był wtedy niesamowity i to, jak powracały kolory już po zaćmieniu. Posiadane zdjęcia pokazują, że byliśmy też wtedy w Wieliczce, na Wawelu i w Smoczej Jamie, a także na Słowacji i w Rytrze, gdzie spędzaliśmy wakacje kilka lat z rzędu.

Pierwsze zdjęcie to jest chyba na Szewskiej, Młoda gapi się w słońce


Na drugim - Collegium Novum UJ, gdzie tłumaczyłam córce (wtedy gimnazjalnej), że jeśli studiować, to nie byle gdzie (a tu też gapi się w słońce)


A na ostatnim - macają (na szczęście) serce Dzwonu Zygmunta na Wawelu.


Młoda miała, jak widać, zagipsowaną rękę, chyba złamany palec, czy co, ale ja tego zupełnie nie pamiętam.

Jak więc widać, zaćmienia słońca z niejednego pieca jadłam.