08 października 2026

Pojutrze minie rok od dnia, kiedy zamieszkała z nami Nuka. Najpierw był długi proces zapoznawania jej z naszą rodziną, czyli z dwiema osobami ludzkimi i dwiema psięcymi, a potem już na zawsze dołączyła do stada. W listopadzie Nuka skończy dziewięć lat, jest więc już babcią, ale żwawą, tak jak ja.

Jakiś czas temu, już po odejściu Kory wykiełkował pomysł, żeby przygarniać na spokojną i szczęśliwą emeryturę jakąś starszą sunię ze schroniska, a potem kolejną, kiedy zwolni się miejsce w naszym stadzie. Był też wtedy plan na trzy psy jednocześnie, ale niestety nad tym planem ciąży klątwa pożegnań i wychodzi na to, że dwa to jest liczba, przy której musimy pozostać. Zresztą obecnie, nie ukrywajmy, wyżywienie takiego krówska jak Nuka, nie pozostawia już przestrzeni finansowej na kolejne żarłoki.

To nasz trzeci pies ze słupskiego schroniska, a szósty w ogóle i z pewnością - nigdy więcej żadnych kupowanych psów; teraz, gdy mija już czwarty rok mojego wolontariatu jest to dla mnie jasne jak słońce.

Taka to była wtedy nieszczęśliwa i smutna szkieletorka...

Odkarmiliśmy ją, rozpieściliśmy, sprawiliśmy, że się stała radosną i szczęśliwą sunią. Rozprogramowaliśmy ją też trochę i już nie jest taką tresowaną niemiecką maszyną, potrafi nawet nie przyjść na zawołanie. No i nauczyła się od Gucia świrowania przy podpinaniu szelek na spacer, ale za to Gucio nauczył się od niej nieświrowania po usłyszeniu dzwonka do furtki (ale to tylko wtedy, gdy są w domu i drzwi do ogrodu są zamknięte, więc nie od wiosny do jesieni, bo wtedy wybiegają otwartymi drzwiami jak wystrzeleni z procy i drą ryja przy furtce).
Trzeba było ją nauczyć głaskania, przytulania, pieszczoty - zupełnie tego nie umiała obsługiwać, ani nie wiedziała, co to takiego i co to się dzieje... To teraz już umie. W nocy śpi z nami w sypialni, ma posłania w kilku miejscach w domu i korzysta z tego, które pozwala jej pozostawać z nami w kontakcie. W ogrodzie, gdy jest sama, to pilnuje obejścia w swoim ulubionym miejscu z widokiem na furtkę, a kiedy ja też z nią wychodzę, to nie odstępuje mnie na krok. Pięknie wtedy okazuje radość, biegnąc obok i wznosząc do góry szeroko rozdziawiony pysk z tymi swoimi rzadkimi zębami. 
Moja owczarka rzadkozębna.  

17 września 2026

Teraz robię niciankę z zielonkawego lnu, który mi został po dzierganiu bluzeczki. No i zaczęłam modyfikować wzór, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy, bo liczenia jest co niemiara!

Dziś jest dzień udanych zakupów i nie mówię tu o żarciu dla psów, które również przyjechało z paczkomatu, ale o pewnych pięknych upominkach, darowanych dla mnie i ode mnie. Brzmi tajemniczo, ale zdradzę część tej tajemnicy - otóż przyjechały do mnie dziś trzy róże zupełnie gratis: ta o której marzyłam i to w dwóch egzemplarzach i jeszcze trzecia, o której nie marzyłam, bo nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Moczą się teraz i jutro będą sadzone i jest to prezent od zupełnie obcej osoby, koleżanki z grup różanych na facebooku. Kolejne trzy róże kupiłam sobie już normalnym trybem, w szkółce różanej, z wysyłką jak należy czyli w końcu października, ale też za nie (prawie) nic nie zapłaciłam, bo wykorzystałam bon prezentowy od przyjaciółki. Sześć róż przybyło więc do mojej kolekcji: Aspirin Rose z firmy Tantau i pięć innych - spod ręki Łukasza Rojewskiego.

08 września 2026

Z uroków życia wiejskiego to chyba tyle, że nadchodzi jesień, a więc w domu kończą się muchy, a zaczynają się myszy. Zaczyna się również palenie w piecu i grzanie podłogówki, bo wieczorami już jest naprawdę nieprzyjemny chłód, zwłaszcza jeśli poprzedziła go seria dni z monsunowymi wręcz opadami deszczu. 

Pierwszą w tym sezonie mysz powitaliśmy uroczyście w kuchni - w kontenerze na kubełki do segregacji odpadów dnia 5 września. Po czym śmignęła w narożnik tejże wnęki i skrobała tam przez jakiś czas, a następnie przepadła i nie dała się skusić na dwie żywołapki wyposażone w chrupki psiej karmy oraz kawałeczek hiszpańskiej kiełbasy dojrzewającej fuet, mojej ulubionej, którą sobie od ust odjęłam. Dziś próżno by jej wypatrywać, bo mamy ocieplenie, by nie rzec że upał, jak to często u nas bywa - jednodniowy. A skoro tak, to powróciły muchy, wiadomo.

Skończyłam kolejną koronkową niciankę, śliczna wyszła, lekka i cieniutka.

Bardzo mi się podoba ten wzór i chyba go kiedyś zrobię znów. A w ogóle, to mi chodzi po głowie taki pomysł, żeby tę nicianą serwetkę zrobić w wersji z nici sporo grubszej, na przykład lnianej (lub len z bawełną) i taka serwetka byłaby obrusem na okrągły stolik, który latem mieszka w ogrodzie, a zimą w naszej sypialni.

Korci mnie też strasznie nauka przeprojektowywania ażurów, na razie w formie drobnej korekty oryginalnego projektu - na przykład modyfikowania zewnętrznego borderu, bo nie w każdym projekcie mi się on podoba.

25 sierpnia 2026

 No i jest, abażur pod znakiem "kto bogatemu zabroni"!

To jest lampka, która stoi na parapecie okna, a tuż obok jest sofa. Na tej sofie zalegam produkując moje dzianiny, światło mam zza lewego ramienia - wszystko jedno czy dzienne, czy z lampki, jak wyżej. Dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w bloku, ta lampka przyjechała ze mną z domu mojego dziadka na Dolnym Śląsku i jest to stara drewniana lampka poniemiecka, więc pasuje tu jak złoto.

No i trzecia serwetka się robi, ale chyba będzie żałośnie mała, bo schemat ma tylko 73  rzędy.

23 sierpnia 2026

Tak więc w piątek raniutko byłam w Szpitalu Morskim w Gdyni na piątym zastrzyku izotopowym, a potem spędziłam dwa dni w ortezie sięgającej o morza do Tatr i utrzymującej moje kolano w przymusowym wyproście przez 48 godzin. Pomogło mi to dokończyć nową serwetę, której wzór nakazywał już w ostatnim okrążeniu przerobienie dziewięciuset oczek, więc mili państwo, czas już był. Oto ona, ma metr średnicy, kolor ecru.

Serweta jest wyprana i zablokowana w kształcie i wymiarach i schnie sobie grzecznie na podłodze, rozpięta i przyszpilona do specjalnych piankowych puzzli, na których rozłożona jest bawełniana tkanina. Jestem zachwycona tym wzorem i być może go powtórzę, kto wie! W ogóle ten typ pracy dziewiarskiej zachwyca mnie we wszystkich etapach i aspektach i cała trasa do uzyskania końcowego efektu sprawia mi wielką frajdę. Wlicza się w to czytanie wzoru, a nawet odnajdywanie błędów w schemacie i ich naprawianie! Kto wie, czy się na starość nie wyspecjalizuję, bo już kolejny wzór czeka i nici też przygotowane, więc to już by była trzecia z rzędu. 

Pierwszą z nich robiłam "po nic", po prostu wzór mi się spodobał i postanowiłam, że biorę się za to, zwłaszcza, że kordonki też miałam z jakichś zasobów sprzed kilku lat, też kupione nie wiadomo po co. O, taka, kolor bardzo bardzo bladego różu. Się sprzedała, ma więc swój nowy dom, mam nadzieję, że troskliwy.

Pochwaliłam się nią publicznie i pewna obca osoba poprosiła mnie o wykonanie takiej (tylko większej) serwety na zamówienie, ale przeraziłam się i odmówiłam. Jednak teraz zastanawiam się, czy nie zmienić decyzji. Tamta miałaby mieć średnicę 130 cm i to mnie najbardziej zestresowało, ale jeśli teraz zrobiłam metrową, to w sumie... już niedaleko. Miałby to być dla tej osoby składkowy prezent emerytalny od koleżeństwa z pracy.

Jest jeszcze kwestia ceny i to zarówno jej wysokości, jak i samego sposobu rozliczenia płatności. Tanio ode mnie kupić się nie da. Albo sprzedaję drogo, albo daję w prezencie i tylko te dwie ewentualności wchodzą w grę. Zastanawiam się teraz, ile by miała kosztować taka praca i jaką część płatności powinnam dostać z góry, a jaką po wykonaniu. Nie wiem. Ale wiem kto wie i gdzie tego szukać, więc znajdę.

Serwety na drutach są lekkie i delikatne jak pajęcza sieć i nie da się ich porównać z szydełkowanymi obrusami i serwetami. Szydełko daje wyrób gęsty, zwarty, ciężki i przez to bardziej sztywny, a tu mamy coś zupełnie innego. Precyzja i trudność wykonania też jest zupełnie inna - trzeba ogromniej uważności bo prucie (zarówno przypadkowe i niechciane, jak i kontrolowane) takiej koronki, to jest horror. 

Nowa serweta będzie prawdopodobnie narzucona jako abażur na lampę - albo u Starego na górze, albo u mnie na dole.