BLOG MAMOFYEN - RODZYNKI WYDŁUBANE Z ŻYCIA (kontynuacja utraconego) To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić...
05 czerwca 2026
Mamy więc kolejne Boże Ciało w tym domu - SIEDEMNASTE! Kiedy to minęło? Wprowadzaliśmy się dokładnie w Boże Ciało 2010 i wtedy wypadało ono 3 czerwca. Mieliśmy pożyczony od kogoś na święto jakiś samochód dostawczy i przewoziliśmy resztę gratów ze słupskiego mieszkania - wiele razy tam i z powrotem. Metoda była całkiem gospodarcza, chłopy w osobach: Stary, Młody i Kolega Młodego, rozładowywali wszystko na miejscu i wracali po kolejne. A ja z pieskiem naszym ówczesnym szykowałam kolejne tury.
Wspominam zawsze ten moment, kiedy to mieli przyjechać po ostatnie kartony i po mnie, a w mieszkaniu było już puściuteńko i nie było na czym usiąść ani się położyć, a kręgosłup wołał o pomoc. Mieliśmy wtedy w dużym pokoju wielką zabudowę z szafami aż po sam sufit i podłoga w tej szafie była wyłożona grubą wykładziną dywanową. Weszłyśmy więc z Dumką do tej szafy i położyłyśmy się na tej wykładzinie i tak, przytulone, leżałyśmy czekając na ostatni przeprowadzkowy transport.
Zawsze gdy odliczam te lata zamieszkania w różnych miejscach, to mi wychodzi, że w Słupsku mieszkałam najdłużej, no a potem to oczywiście Miasteczko. A teraz co się narobiło? W Miasteczku szesnaście lat i tutaj też szesnaście, to skąd ja bardziej jestem, no skąd?
Długi weekend to oczywiście wytężona praca w Gospodarstwie. Stary nadal grzebie się z wiatką, teraz przyszedł czas na wypełnianie przestrzeni pomiędzy belkami i tworzenie szachulca. Na froncie będą wypełnione tylko dole kwatery, na szczytowej ścianie - wszystkie. Stan na wczoraj wygląda tak:
A ja w tym czasie czołgam się po ogrodzie, wyszarpując chwasty i produkując tony biomasy na kompostowniki. O tej porze roku z wiadomości ze świata interesuje mnie najbardziej prognoza pogody, a w szczególności - będzie padać, czy nie będzie. Bo każda z tych opcji generuje inne prace w ogrodzie i wymaga innego rozplanowania czasu. Do tego jeszcze muszę przecież uwzględnić czas na przygotowanie posiłków i zrobienie zakupów, żeby było z czego te posiłki wyprodukować.
Jutro wybieramy się na małą jogę sobotnią, prowadzoną przez kilka osób z naszej grupy, które pod okiem Andrzeja przygotowują się do roli nauczycieli. Boże Ciało pozbawiło nas w tym tygodniu czwartkowej praktyki, więc chętnie korzystamy z tej soboty.
29 maja 2026
Trochę się odgruzowałam z powyjazdowych zaległości ogrodowych i nawet byłam już dwukrotnie w schronisku.
Tymczasem Nuka znów sobie wyłamała pazur, tym razem w przedniej łapce i Stary jeździ z nią na zastrzyki, bo jej się w ciągu dwóch dni rozkręcił stan zapalny. Całe szczęście, że choć na weekend dają nam te strzykawki do domu i Stary wtedy sam jej już podaje. Przez ten pazur łapka ją bolała, była smutna i nie chciała chodzić, a więc cierpiał i Gucio, bo stracił towarzyszkę ogrodowych zabaw i wyścigów. Kiedy więc Stary pojechał z Nuką do lecznicy, to poszłam z samym Guciem na spacer w pola, żeby sobie trochę poszalał, ale powiem szczerze, że spacer z jednym psem jest zupełnie do dupy i aż się poryczałam, bo mi się ciągle Burek przypominał i tam w tych polach bardzo łatwo jest za nim zapłakać.
A znów ta Nuka i długie spacery w pola to nie jest dobry pomysł i tego robić nie będziemy, bo ona w ogrodzie ma tyle ruchu, swobody i aktywności, że jej to w zupełności wystarczy; w życiu chyba tego nie miała w takich ilościach.
Aktywna staruszka, jak ja!
26 maja 2026
No i minął prawie miesiąc od ostatniej notki i już nawet miałam osobiście zadawane pytanie, dlaczego nie piszę... no cóż, pochłania mnie ogród, który o tej porze jest bardzo piękny, ale i wymagający czasu i zaangażowania. A w dodatku byłam w tym czasie aż sześć dni poza domem, co jest potężnym kawałkiem wyrwanym ogrodowi w maju.
Zaliczyłam wypad do Miasteczka i wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca w Czechach. Przy okazji zrobiłyśmy historyczne zestawienie naszych dorocznych spotkań i powstał przyszłoroczny plan -Warszawa i też pod koniec maja.
Postaram się pisać częściej, choć po kawałeczku, a na razie tylko sygnał, że żyję. I lecę sadzić na warzywniku ogórki i cukinie, bo rozsada wciąż w wielodoniczkach!
28 kwietnia 2026
Maj zapowiada mi się bardzo pracowicie i będzie obfitował w ważne wydarzenia. Po pierwsze jadę do diabetologa do Gdańska, do pani doktor, którą wynalazłam w sieci w sytuacji niemożności umówienia się do mojej diabetolog w Słupsku, choć... czy ona jest moja to nie wiem, bo byłam u niej zaledwie dwa czy trzy razy. Nie widziałam diabetologa ponad dwa lata, a miałam się raz w roku pokazywać, więc czas się ruszyć.
W maju też jest doroczny schroniskowy festyn, na którym już trzeci raz będę się wystawiała charytatywnie z moimi octami i kremikami. Muszę przygotować całą ofertę i wystrój stoiska, a z tym jest sporo roboty. Z octami to tylko rozlewanie i etykietka z nazwą, ale z kremikami większa kołomyja, tym bardziej, że nie do końca jeszcze wiem jakie będę robić i muszę w najbliższych dniach to zaplanować. No i opracowanie etykietek dłużej tu trwa, bo w opisie są podawane wszystkie składniki i trzeba uważać, żeby czegoś nie pomylić i nie przeoczyć, bo na przykład jedne panie są uczulone na wosk pszczeli a inne nie cierpią oliwy i czują ją w kremie, jeśli zioła macerowane były właśnie w oliwie. Ponieważ caluteńki utarg oddaję schronisku, to w tym roku poprosiłam ich o zakup opakowań - słoiczków i butelek.
Kolejnym majowym wydarzeniem będzie wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca na nasz doroczny integracyjny weekendzik. Mamy tam wynajęte mieszkanie, a jedziemy do Ołomuńca pociągiem czeskich linii z Krakowa.
O koncercie już mi się nie chce teraz pisać i żałuję, że nie napisałam od razu, ale nie tak łatwo wracać i oglądać się za siebie, kiedy tyle rzeczy ciągnie mnie do przodu. I gdzie znowu jest to TU i TERAZ, no gdzie?
25 kwietnia 2026
Wczoraj był dzień mojej przezajebistości, dzień tak zagęszczony i naładowany różnymi rzeczami, jak mi się rzadko zdarza w moim spokojnym życiu emerytki.
Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojadę rano do mojej przychodni na pobranie krwi na badania, przy okazji wskoczę na parę minut do pobliskiego miejsca dawnej pracy (w celach papierkowych), a potem wrócę do domu, zjem śniadanie i jadę do Lokisa. I to by mi już wystarczyło, zważywszy, jak skomplikowana jest logistyka moich miejskich wypraw. Do miasta wjeżdżam bowiem tylko kawałeczek i tam parkuję w małym centrum handlowym, a dalej przemieszczam się komunikacją miejską, tym razem z siuśkami do badania w torebce.
Jednak w czwartkowe popołudnie dostałam wiadomość, że w centrum miasta czeka na mnie do odbioru miejscówka na koncert, o którym marzyłam, a na który biletów już nie dostałam, bo za późno się zorientowałam. Osoba, która dysponowała wejściówką, wybierała się na ten koncert, ale w ostatniej chwili musiała zrezygnować i to ja na tym skorzystałam.
Tak więc po badaniu i papierkowaniu oraz uściskach z kilkoma osobami, które spotkałam na szkolnych korytarzach, zjechałam do centrum miasta i tam odebrałam swoją wejścióweczkę w eleganckim sekretariacie. Potem już mogłam dotrzeć na parking i po zrobieniu szybkich zakupów wyruszyć do domu na śniadanie. Zjadłam, dokonałam niezbędnych obrządków, czyli otworzyłam foliak i powynosiłam na werandowanie skrzynki z rozsadą pomidorów i natychmiast wyjechałam do schroniska.
Na poranne badania wyruszyłam równo o 8:00, a już o 11.45 zasuwałam z Lokisem do lasu. Lokis, mój trzeci pies zaoczny, mieszka od paru dni na kwarantannie, bo ma wreszcie włączony plan odchudzania. Dostaje odmierzaną dawkę karmy dla grubasów i siedzi teraz w jednoosobowej schroniskowej celi, dzięki czemu nie ma kogo obżerać. Dla mnie to wygoda, bo mogę sama go wziąć na spacer i nie muszę szukać drugiej osoby, która weźmie też z boksu jego towarzysza.
Znalazłam niedawno superancko piękne miejsce w lesie i tam z nim chodzę na samotne miłe spacery, które są zawsze czasem spokoju i spowolnienia. Oprócz tego łażenia i bardzo pracowitego węszenia, Lokis potrzebuje wciąż nauki kontaktu z dotykiem ludzkiej ręki i spokojnym głosem człowieka, a także oparcia i dodania pewności w chwilach przestrachu i zaskoczenia nieznanymi dźwiękami i widokami. Mamy tam stare drzewa, świetliste polanki, wielki wąwóz i strumyk, jest tam też coś w rodzaju jeziorka, otoczonego podmokłym terenem, a to już jest dla niego największa frajda i przyjemność.
Lokis uwielbia bowiem wodę i kiedy ją tylko poczuje, to muszę mieć się na baczności i wdrażać intensywne hamowanie butami, żeby się nie skąpać razem z nim. Aż miło patrzeć, ile on z tego czerpie radości! Brodzi, człapie w wodzie, kładzie się w niej z lubością i chętnie posiedziałby tam chyba z godzinę. No a potem i ja jestem już ubłocona, nie da się inaczej. Ostatnio po spacerach idę z nim jeszcze do nowego psiego parku przy schronisku, gdzie jest czas na swobodne chodzenie bez smyczy. Ostatnio (i wczoraj znów!) zaczął się bawić, chwytając rzucony sznur do przeciągania. Podrzucał go sobie i chwytał znów, skakał, warczał, podbiegał - aż miło było patrzeć. I wyraźnie widać, że zabawa to nie jest coś, z czym miałby on do czynienia w swoim przedschroniskowym życiu.
Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad i natychmiast się położyłam, bo wiedziałam, że mam na ten relaks tylko niespełna pół godzinki, miała bowiem do mnie przyjść na kawkę sąsiadka ze wsi, z którą kiedyś często się spotykałyśmy, a teraz już z rzadka i dawno jej nie widziałam. Wygoniłam ją równo o 17:00 bo musiałam przecież wykonać kolejną w ciągu tego dnia zmianę wcielenia na miastowe wieczorowe, tym bardziej, że jeszcze niedawno wyglądałam tak:
Już się nie będę dłużej rozpisywać, w każdym razie wieczorny koncert był cudowny, ale o tym napiszę pewnie w kolejnej notce.
Mamusiu - powiedział Młody, któremu opowiedziałam to wszystko przez telefon - jest coś takiego, jak choroba afektywna dwubiegunowa, która charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji, a ja mam wrażenie, że u ciebie występuje tylko ten pierwszy rodzaj.
Ale mu zaraz wytłumaczyłam, że objawy depresji to ja mam codziennie od 18.00, kiedy to zalegam na sofie z robótką lub nawet bez niej, bo nie mam siły wziąć drutów do ręki.