18 czerwca 2026

Zanurzyłam się ostatnio w pewien projekt, który wiąże się z poszukiwaniami w listach i zdjęciach rodzinnych. Ponieważ przedwczoraj poświęciłam już kilka godzin na wyprodukowanie pewnego maila, to dziś przytoczę go tu w całości, bo nie ma sensu pisać tego od nowa. Uprzedzam - lektura dla wytrwałych!

MN kierownik@staremelodie.pl:

 Dzień dobry,
                zaczęło się wszystko kilka lat temu od słuchania cyklu audycji Jana Emila Młynarskiego (już nie pamiętam czy w Trójce czy w Radio Nowy Świat) i była tam kiedyś mowa o tworzeniu elektronicznych baz danych tej dawnej muzyki. I wkrótce trafiłam na zapis o autorstwie piosenki „Czarnoksiężnik”, i osłupiałam na widok imienia – Tadeusz???

Kiedy żyła moja mama, to całe życie słyszałam o jej ulubionym wujku Józku – Józefie Kuroczko (1911-1968), bracie jej mamy (czyli mojej babci) i o jego muzycznych zainteresowaniach. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten wujek był przez jakiś czas (od 1949) dyrektorem pedagogicznym zespołu „Mazowsze” i że był autorem piosenki „Czarnoksiężnik”, którą w czasach powojennych nadawało Polskie Radio. Wielokrotnie nawiązywała do tego w opowieściach moja mama. Zapewne pisała też o tym w swoich licznych listach, ale na razie nie dotarłam do takich wzmianek w sporym i jeszcze nie uporządkowanym archiwum, które zgromadziłam.

Również brat mojej mamy o tym opowiadał i nawet w spisanych przed śmiercią wspomnieniach, dotyczących zresztą głównie jego pracy zawodowej, dołączył kartkę z informacją o tej wujkowej piosence i przytoczył tam z pamięci fragment tekstu od słów: „gdybym miał skarby…”.

Natknęłam się również w sieci na dostępną w PDF monografię Liceum Pedagogicznego w Wymyślinie, gdzie niegdyś mieszkał i pracował Józef Kuroczko; obecnie jest to część miasta Skępe, kujawsko-pomorskie. I proszę zobaczyć, co my tam mamy na s. 24 (dół) i 25 (góra):

https://kpbc.umk.pl/Content/92717/PDF/Licencje_076_10.pdf
(jest tu zresztą także pomyłka – syn Józefa miał na imię Jerzy, a nie Wojtek)

Z licznego rodzeństwa Józefa Kuroczko, wieku dorosłego dożyło tylko troje dzieci: najstarszy brat Eustachy, moja babcia Olga i właśnie on, Józef. Eustachy był w swoich czasach znaną postacią życia publicznego, więc jego losy są dość dobrze udokumentowane (autobiografia wydana drukiem w 1962, zachowane liczne przemówienia i artykuły, nota na Wikipedii). Babcia Olga była zaś zawsze ważną postacią życia rodzinnego.

Józef natomiast pozostał w opowieściach i wspomnieniach rodzinnych i jest najmniej mi znany z nich trojga, mama jednak zawsze podkreślała, jaki był jej bliski i lubiany (jego córka została zresztą moją chrzestną matką). Być może mam gdzieś w zbiorach jego zdjęcie, ale muszę to sprawdzić, bo jeśli nie jest podpisane, to ja sama nie będę go w stanie rozpoznać.  Myślę jednak, że posługując się dostępnymi źródłami, byłabym w stanie zredagować przyzwoitą notę biograficzną Józefa Kuroczko. Od lat prowadzę drzewo genealogiczne mojej rodziny, interesuję się bowiem tym tematem i pewnie też dlatego posiadam sporo różnych strzępów informacji, z których można poskładać całość.

Natomiast nie udało mi się nigdzie odnaleźć żadnych wzmianek o niejakim Tadeuszu Kuroczko, pojawia się on wyłącznie w tej jednej informacji, odnoszącej się do piosenki „Czarnoksiężnik”, zresztą ze znakami zapytania. Czy nie jest to więc pomyłka?

Zbyt dużo może tego pisania, ale chciałam żeby było solidnie i teraz proszę rozsądzić, na ile moje informacje mogą być dla Pana wiarygodne i przydatne. Ponieważ mieszkam w pobliżu Słupska, a jutro Pan Młynarski ma tam w bibliotece spotkanie autorskie, na które się wybieram, to pomyślałam, że to może jest ten impuls i moment, żebym wreszcie zabrała się za tę sprawę, bo jestem chyba ostatnią osobą w rodzinie, która może spróbować ją wyjaśnić.

P.S. Zaczynam przeglądać listy mojej mamy i właśnie natknęłam się na fragment o wspólnym muzykowaniu rodzeństwa (Eustachego, Józefa i Olgi): "bracia Mamusi grali na gitarach i pięknie śpiewali (tenorzy), moja Mamusia śpiewała sopranem, ale nie miała wyszkolonego głosu w odróżnieniu od braci […] gdy wszyscy mieli już swoje rodziny, spotykali się razem i cudownie śpiewali, pamiętam te ich koncerty”

11 czerwca 2026

Pada i pada i ogród jest już namoknięty jak gąbka. Z jednej strony to radość, ale z drugiej, to chyba dziś trzeba rozpalić w piecu i puścić grzanie na podłogówkę, żeby gdzieś dosuszyć pranie, zmoczone psie kocyki i posłania. No bo zamiast żeby w nocy lało, a w dzień było słonecznie, to żadnego w tym umiaru!

Mamy u Nuki problem z pazurami, które wyłamują się jej nagminnie. Pierwszy był zimą i to mógł być incydent, bo było wtedy wszędzie bardzo utrudnione chodzenie po tym zamarzniętym śniegu. Ale teraz, od 25 maja to już jest trzeci wyłamany pazur, przy czym po pierwszym była konieczna sześciodniowa kuracja antybiotykiem w zastrzykach, bo przyplątał się od razu stan zapalny. Przypuszczamy, że ma to związek z niedoczynnością tarczycy, wykrytą u niej w marcu, kiedy to hormony wyszły w badaniu poniżej poziomu wykrywalności. Od tego czasu ma włączone tabletki hormonalne i mamy nadzieję, że jak jej się już wyrównają te poziomy, to i pazurki się wzmocnią. Bo to, co jej się wyłamuje, to są przecież stare pazury, które wyrosły w czasie, gdy już na pewno chorowała na tarczycę, a nikt jeszcze o tym nie wiedział. Oby te nowe odrosły mocniejsze, bo serce pęka, gdy pies cierpi. 

A tymczasem na bieżąco staramy się korygować długość tych pazurów, obcinając po malusieńkim kawałeczku co kilka dni, żeby nie zahaczyć o macierz w ich wnętrzu. Stary używa do tego celu zestawu do cięcia kabli, a sunia przecierpliwie znosi te zabiegi. Na naturalne ścieranie pazurów nie ma co liczyć, bo cały ogród jest trawiasty, a zresztą te pazury rosną jej bardzo nierównomiernie - jedne prawie wcale, a inne znów jak pierdolnięte. No a łapy u owczarki stawiane są nieskładnie, zwłaszcza te tylne, wiadomo, choć na szczęście nie jakoś drastycznie. 

06 czerwca 2026

Wkurzyłam się dziś na groszek i podjęłam decyzję, że idzie na kompostownik. No bo rośnie i rośnie i owszem - wyprodukował piękną masę zieloną, ale nie o to mi przecież chodziło! Cała kwadratowa skrzynia zajęta, a ten nie kwitnie i już. W ubiegłym roku było to samo i ilość wyprodukowanego zielska była przeogromna, choć przyznam, że groszku też w końcu było sporo. Ale trwało to strasznie długo, zanim te strączki się zaczęły pojawiać. Zajechałam więc z taczką, żeby wyrwać to zielsko i posiać tam fasolkę szparagową, a tu patrzę - kwitnie ten złośliwy gad. No to go zostawiłam. Przygotowałam też od razu wielodoniczki i tam wysieję tę fasolkę, a potem zobaczę. 

Stary zarzyna się przy tej wiatce i całe dnie tam spędza, a widzenia mamy tylko podczas spożywania posiłków, które ja wykonuję i serwuję przy stoliku pod platanem. Obecnie trwają pracę przy wypełnieniach ściany szczytowej.

A jak ściana będzie już gotowa, to posadzimy tu różę pnącą Łukasza Rojewskiego Winterfell, która czeka już w wielkiej donicy przemysłowej i ma pełno pączków kwiatowych!

A ja dziś przycinałam bukszpanowe obwódki różanek, co też jest dość męczące, bo trzeba się cały czas pochylać i krzyż boli. Wywiozłam na kompostownik dwie pełniutkie taczki tej bukszpanowej zielonej  kaszy. Obwódka z przodu najstarszej różanki, która lata temu powstała z ukorzenionych przez nas w domu zimą około dwustu bukszpanowych patyczków, będzie jesienią przetransplantowana na tył tejże i już się nie mogę doczekać, bo pociągnie to za sobą rewitalizację całej różanki, o co aż się prosi i na pewno róże się ucieszą. 

05 czerwca 2026

Mamy więc kolejne Boże Ciało w tym domu - SIEDEMNASTE! Kiedy to minęło? Wprowadzaliśmy się dokładnie w Boże Ciało 2010 i wtedy wypadało ono 3 czerwca. Mieliśmy pożyczony od kogoś na święto jakiś samochód dostawczy i przewoziliśmy resztę gratów ze słupskiego mieszkania - wiele razy tam i z powrotem. Metoda była całkiem gospodarcza, chłopy w osobach: Stary, Młody i Kolega Młodego, rozładowywali wszystko na miejscu i wracali po kolejne. A ja z pieskiem naszym ówczesnym szykowałam kolejne tury.

Wspominam zawsze ten moment, kiedy to mieli przyjechać po ostatnie kartony i po mnie, a w mieszkaniu było już puściuteńko i nie było na czym usiąść ani się położyć, a kręgosłup wołał o pomoc. Mieliśmy wtedy w dużym pokoju wielką zabudowę z szafami aż po sam sufit i podłoga w tej szafie była wyłożona grubą wykładziną dywanową. Weszłyśmy więc z Dumką do tej szafy i położyłyśmy się na tej wykładzinie i tak, przytulone, leżałyśmy czekając na ostatni przeprowadzkowy transport.

Zawsze gdy odliczam te lata zamieszkania w różnych miejscach, to mi wychodzi, że w Słupsku mieszkałam najdłużej, no a potem to oczywiście Miasteczko. A teraz co się narobiło? W Miasteczku szesnaście lat i tutaj też szesnaście, to skąd ja bardziej jestem, no skąd?


Długi weekend to oczywiście wytężona praca w Gospodarstwie. Stary nadal grzebie się z wiatką, teraz przyszedł czas na wypełnianie przestrzeni pomiędzy belkami i tworzenie szachulca. Na froncie będą wypełnione tylko dole kwatery, na szczytowej ścianie - wszystkie. Stan na wczoraj wygląda tak:

A ja w tym czasie czołgam się po ogrodzie, wyszarpując chwasty i produkując tony biomasy na kompostowniki. O tej porze roku z wiadomości ze świata interesuje mnie najbardziej prognoza pogody, a w szczególności - będzie padać, czy nie będzie. Bo każda z tych opcji generuje inne prace w ogrodzie i wymaga innego rozplanowania czasu. Do tego jeszcze muszę przecież uwzględnić czas na przygotowanie posiłków i zrobienie zakupów, żeby było z czego te posiłki wyprodukować. 
Jutro wybieramy się na małą jogę sobotnią, prowadzoną przez kilka osób z naszej grupy, które pod okiem Andrzeja przygotowują się do roli nauczycieli. Boże Ciało pozbawiło nas w tym tygodniu czwartkowej praktyki, więc chętnie korzystamy z tej soboty.  

29 maja 2026

Trochę się odgruzowałam z powyjazdowych zaległości ogrodowych i nawet byłam już dwukrotnie w schronisku. 

Tymczasem Nuka znów sobie wyłamała pazur, tym razem w przedniej łapce i Stary jeździ z nią na zastrzyki, bo jej się w ciągu dwóch dni rozkręcił stan zapalny. Całe szczęście, że choć na weekend dają nam te strzykawki do domu i Stary wtedy sam jej już podaje.  Przez ten pazur łapka ją bolała, była smutna i nie chciała chodzić, a więc cierpiał i Gucio, bo stracił towarzyszkę ogrodowych zabaw i wyścigów. Kiedy więc Stary pojechał z Nuką do lecznicy, to poszłam z samym Guciem na spacer w pola, żeby sobie  trochę poszalał, ale powiem szczerze, że spacer z jednym psem jest zupełnie do dupy i aż się poryczałam, bo mi się ciągle Burek przypominał i tam w tych polach bardzo łatwo jest za nim zapłakać.

A znów ta Nuka i długie spacery w pola to nie jest dobry pomysł i tego robić nie będziemy, bo ona w ogrodzie ma tyle ruchu, swobody i aktywności, że jej to w zupełności wystarczy; w życiu chyba tego nie miała w takich ilościach.

Aktywna staruszka, jak ja!