06 czerwca 2026

Wkurzyłam się dziś na groszek i podjęłam decyzję, że idzie na kompostownik. No bo rośnie i rośnie i owszem - wyprodukował piękną masę zieloną, ale nie o to mi przecież chodziło! Cała kwadratowa skrzynia zajęta, a ten nie kwitnie i już. W ubiegłym roku było to samo i ilość wyprodukowanego zielska była przeogromna, choć przyznam, że groszku też w końcu było sporo. Ale trwało to strasznie długo, zanim te strączki się zaczęły pojawiać. Zajechałam więc z taczką, żeby wyrwać to zielsko i posiać tam fasolkę szparagową, a tu patrzę - kwitnie ten złośliwy gad. No to go zostawiłam. Przygotowałam też od razu wielodoniczki i tam wysieję tę fasolkę, a potem zobaczę. 

Stary zarzyna się przy tej wiatce i całe dnie tam spędza, a widzenia mamy tylko podczas spożywania posiłków, które ja wykonuję i serwuję przy stoliku pod platanem. Obecnie trwają pracę przy wypełnieniach ściany szczytowej.

A jak ściana będzie już gotowa, to posadzimy tu różę pnącą Łukasza Rojewskiego Winterfell, która czeka już w wielkiej donicy przemysłowej i ma pełno pączków kwiatowych!

A ja dziś przycinałam bukszpanowe obwódki różanek, co też jest dość męczące, bo trzeba się cały czas pochylać i krzyż boli. Wywiozłam na kompostownik dwie pełniutkie taczki tej bukszpanowej zielonej  kaszy. Obwódka z przodu najstarszej różanki, która lata temu powstała z ukorzenionych przez nas w domu zimą około dwustu bukszpanowych patyczków, będzie jesienią przetransplantowana na tył tejże i już się nie mogę doczekać, bo pociągnie to za sobą rewitalizację całej różanki, o co aż się prosi i na pewno róże się ucieszą. 

05 czerwca 2026

Mamy więc kolejne Boże Ciało w tym domu - SIEDEMNASTE! Kiedy to minęło? Wprowadzaliśmy się dokładnie w Boże Ciało 2010 i wtedy wypadało ono 3 czerwca. Mieliśmy pożyczony od kogoś na święto jakiś samochód dostawczy i przewoziliśmy resztę gratów ze słupskiego mieszkania - wiele razy tam i z powrotem. Metoda była całkiem gospodarcza, chłopy w osobach: Stary, Młody i Kolega Młodego, rozładowywali wszystko na miejscu i wracali po kolejne. A ja z pieskiem naszym ówczesnym szykowałam kolejne tury.

Wspominam zawsze ten moment, kiedy to mieli przyjechać po ostatnie kartony i po mnie, a w mieszkaniu było już puściuteńko i nie było na czym usiąść ani się położyć, a kręgosłup wołał o pomoc. Mieliśmy wtedy w dużym pokoju wielką zabudowę z szafami aż po sam sufit i podłoga w tej szafie była wyłożona grubą wykładziną dywanową. Weszłyśmy więc z Dumką do tej szafy i położyłyśmy się na tej wykładzinie i tak, przytulone, leżałyśmy czekając na ostatni przeprowadzkowy transport.

Zawsze gdy odliczam te lata zamieszkania w różnych miejscach, to mi wychodzi, że w Słupsku mieszkałam najdłużej, no a potem to oczywiście Miasteczko. A teraz co się narobiło? W Miasteczku szesnaście lat i tutaj też szesnaście, to skąd ja bardziej jestem, no skąd?


Długi weekend to oczywiście wytężona praca w Gospodarstwie. Stary nadal grzebie się z wiatką, teraz przyszedł czas na wypełnianie przestrzeni pomiędzy belkami i tworzenie szachulca. Na froncie będą wypełnione tylko dole kwatery, na szczytowej ścianie - wszystkie. Stan na wczoraj wygląda tak:

A ja w tym czasie czołgam się po ogrodzie, wyszarpując chwasty i produkując tony biomasy na kompostowniki. O tej porze roku z wiadomości ze świata interesuje mnie najbardziej prognoza pogody, a w szczególności - będzie padać, czy nie będzie. Bo każda z tych opcji generuje inne prace w ogrodzie i wymaga innego rozplanowania czasu. Do tego jeszcze muszę przecież uwzględnić czas na przygotowanie posiłków i zrobienie zakupów, żeby było z czego te posiłki wyprodukować. 
Jutro wybieramy się na małą jogę sobotnią, prowadzoną przez kilka osób z naszej grupy, które pod okiem Andrzeja przygotowują się do roli nauczycieli. Boże Ciało pozbawiło nas w tym tygodniu czwartkowej praktyki, więc chętnie korzystamy z tej soboty.  

29 maja 2026

Trochę się odgruzowałam z powyjazdowych zaległości ogrodowych i nawet byłam już dwukrotnie w schronisku. 

Tymczasem Nuka znów sobie wyłamała pazur, tym razem w przedniej łapce i Stary jeździ z nią na zastrzyki, bo jej się w ciągu dwóch dni rozkręcił stan zapalny. Całe szczęście, że choć na weekend dają nam te strzykawki do domu i Stary wtedy sam jej już podaje.  Przez ten pazur łapka ją bolała, była smutna i nie chciała chodzić, a więc cierpiał i Gucio, bo stracił towarzyszkę ogrodowych zabaw i wyścigów. Kiedy więc Stary pojechał z Nuką do lecznicy, to poszłam z samym Guciem na spacer w pola, żeby sobie  trochę poszalał, ale powiem szczerze, że spacer z jednym psem jest zupełnie do dupy i aż się poryczałam, bo mi się ciągle Burek przypominał i tam w tych polach bardzo łatwo jest za nim zapłakać.

A znów ta Nuka i długie spacery w pola to nie jest dobry pomysł i tego robić nie będziemy, bo ona w ogrodzie ma tyle ruchu, swobody i aktywności, że jej to w zupełności wystarczy; w życiu chyba tego nie miała w takich ilościach.

Aktywna staruszka, jak ja!

26 maja 2026

No i minął prawie miesiąc od ostatniej notki i już nawet miałam osobiście zadawane pytanie, dlaczego nie piszę... no cóż, pochłania mnie ogród, który o tej porze jest bardzo piękny, ale i wymagający czasu i zaangażowania. A w dodatku byłam w tym czasie aż sześć dni poza domem, co jest potężnym kawałkiem wyrwanym ogrodowi w maju. 

Zaliczyłam wypad do Miasteczka i wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca w Czechach. Przy okazji zrobiłyśmy historyczne zestawienie naszych dorocznych spotkań i powstał przyszłoroczny plan -Warszawa i też pod koniec maja.

Postaram się pisać częściej, choć po kawałeczku, a na razie tylko sygnał, że żyję. I lecę sadzić na warzywniku ogórki i cukinie, bo rozsada wciąż w wielodoniczkach!

28 kwietnia 2026

Maj zapowiada mi się bardzo pracowicie i będzie obfitował w ważne wydarzenia. Po pierwsze jadę do diabetologa do Gdańska, do pani doktor, którą wynalazłam w sieci w sytuacji niemożności umówienia się do mojej diabetolog w Słupsku, choć... czy ona jest moja to nie wiem, bo byłam u niej zaledwie dwa czy trzy razy. Nie widziałam diabetologa ponad dwa lata, a miałam się raz w roku pokazywać, więc czas się ruszyć. 

W maju też jest doroczny schroniskowy festyn, na którym już trzeci raz będę się wystawiała charytatywnie z moimi octami i kremikami. Muszę przygotować całą ofertę i wystrój stoiska, a z tym jest sporo roboty. Z octami to tylko rozlewanie i etykietka z nazwą, ale z kremikami większa kołomyja, tym bardziej, że nie do końca jeszcze wiem jakie będę robić i muszę w najbliższych dniach to zaplanować. No i opracowanie etykietek dłużej tu trwa, bo w opisie są podawane wszystkie składniki i trzeba uważać, żeby czegoś nie pomylić i nie przeoczyć, bo na przykład jedne panie są uczulone na wosk pszczeli a inne nie cierpią oliwy i czują ją w kremie, jeśli zioła macerowane były właśnie w oliwie. Ponieważ caluteńki utarg oddaję schronisku, to w tym roku poprosiłam ich o zakup opakowań - słoiczków i butelek.

Kolejnym majowym wydarzeniem będzie wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca na nasz doroczny integracyjny weekendzik. Mamy tam wynajęte mieszkanie, a jedziemy do Ołomuńca pociągiem czeskich linii z Krakowa.

O koncercie już mi się nie chce teraz pisać i żałuję, że nie napisałam od razu, ale nie tak łatwo wracać i oglądać się za siebie, kiedy tyle rzeczy ciągnie mnie do przodu. I gdzie znowu jest to TU i TERAZ, no gdzie?