16 lipca 2026

Dwa posty tego samego dnia - omatkoicórko, koniec świata! No ale skoro tarasik się podoba, to pokażę Wam tu jeszcze filmik

Dodam, że Stary zwariował i dziś rozpoczął robienie wędzarni. Wczoraj przyjechały deski na szalunek, a już dziś szalunek został umocowany w miejscu docelowym. Przedmiotowa dziura w ziemi powstała już dawno, więc trochę sobie poczekała na dalsze prace i zarosła pokrzywami oraz innym zielskiem, ale dziś została odchwaszczona i wydobyta na światło dzienne. Dziura wyznacza zarys fundamentu, bo wędzarnia będzie ulokowana w murku, który stanie na tym fundamencie. Szczegóły nastąpią.

Powoli mija lato i choć lipiec mamy chłodny, to akurat chwilowo jest gorąco i padłam w środku dnia i zaległam. 

Mamy w tym roku w ogrodzie klęskę urodzaju i wreszcie są owoce, prawie wszystkie! Mam porzeczki czarne i czerwone, pochrupałam trochę agrestu i podskubuję jeżynomaliny, kończą się już czereśnie, zaczęły się maliny. Będą jabłka, gruszki i borówki. W zestawieniu z ubiegłym sezonem, kiedy nie było prawie nic, to jest naprawdę szaleństwo. Jest przy tym oczywiście kupa roboty i nie nadążam ze wszystkim tak, jak bym chciała, a doba nie jest z gumy.

Mam też ładne warzywa w moich skrzyniach, natomiast niezbyt imponująco zapowiadają się pomidory w foliaku - jakoś mi się wydaje, że słabo się zapylają, bo kwitną i kwitną, ale niewiele owoców wiążą. 

Na bieżąco pilnuję róż - są wszystkie podlane i ogławiane/przycinane kiedy tego wymagają. Nie jestem natomiast w stanie dopilnować odchwaszczania, więc tu działania odbywają się zrywami w stylu rozpaczliwym. 

Powoli, w miarę obserwowania ogrodu, rysują nam się plany pewnych reorganizacji jesienno-zimowych, które mają na celu zapobiec wypruwaniu z siebie flaków na tych naszych areałach. Będzie przeorganizowany maliniak, z ograniczeniem ilości malin i to jest nowy pomysł, moim zdaniem zmiana niezbędna. Co roku bowiem nie mogę się wyrobić z odchwaszczaniem malin, a chwastami są tam głównie pokrzywy, co skutkuje tym, że rzucam się do ich wyrywania dopiero wtedy, gdy sięgają po pas, bo jednocześnie zaczynają się już rumienić maliny i nie ma jak się do nich przedostać. 

W lipcu, jednym żwawym zrywem, Stary zrobił cudny tarasik w miejscu, gdzie najczęściej latem przesiadujemy, tuż przy tylnym wyjściu na ogród, przy ścianie domu. Był tam zwykły typowy starodawny podest z betonu, a obecnie jest drewniany taras ze stopniami z belek konstrukcyjnych odzyskanych poremontowo z naszego domu. Super jest teraz to miejsce, a "before i after" robi chyba wrażenie!

05 lipca 2026

Muszę złożyć meldunek o zmianach w Gospodarstwie, bo dawno nic nie było. Wiatka jest ukończona, no prawie, ale jak ja znam życie, to te wykończenia będą teraz trwały dziesięć lat, bo Stary przerzucił się już na drugą stronę budynku i znienacka tam machnął drewniany tarasik. Jednak i taka niewykończona wygląda pięknie i nawet jej tam wczoraj dałam krwistoczerwone pelargonie (a mowa tu o krwi żylnej).


Wiatka przechowuje również chwilowo motor kolegi, który przyjechał do nas któregoś popołudnia, po czym trzasnął, strzelił i zaniemógł - motor znaczy, nie kolega. A kolega to nawet się ucieszył, bo mógł się napić nalewki i został odwieziony do domu (a te zdjęcia to widzę, że znowu chyba robione brudnym telefonem!).

I naprawdę jest tu teraz CICHO! Coś niesamowitego, jak ta zmiana jest odczuwalna w naszym domu i w ogrodzie. Jak cicho jest w nocy! A już na trasie do Słupska, tą drogą niegdyś krajową, a obecnie wojewódzką - trudno spotkać współużytkowników. I jedzie się tak, jakby to był, nie przymierzając, amerykański film drogi! Co prawda trzeba czasem postać na dwóch już odcinkach ruchu naprzemiennego, regulowanego światłami lub bardziej tradycyjnie - machaniem rąk ludzkich, ale wiadomo, że to przejściowo. 

Wczoraj pojechałam tą drogą na randkę z mężem i to był mój grzeszny dzień, bo żarłam pizzę na obiad, czyli białą mąkę, która mi rozwala system. Stary co prawda dostał pizzę tam, gdzie chciał, ale za to musiał potem po mnie przyjechać drugi raz, bo po pizzy oddaliłam się na spotkanie towarzyskie przy winie. Dziś dzień w podobnym gronie, ale już nie towarzysko, tylko popracujemy przy organizacji Dnia Otwartego w schronisku, a na koniec sobie wezmę Lokisa na spacerek. Ostatnio zabłądziłam z nim w lesie i musiałam się posiłkować mapą Google, bo chyba bym sama nie dała rady wyleźć na trasę powrotną. 

W moim spokojnym wiejskim życiu emerytki podoba mi się też to, że jak sobie przesadzę dwa kwiatki i upierdzielę ziemią parapet w pokoju, to go sobie mogę posprzątać pojutrze i nie zakłóca mi to przepływu energii w umyśle. 

28 czerwca 2026

No i mamy to, proszę państwa - mamy imię zmienione na "Józef". Z twórcą strony jestem w kontakcie, być może skontaktuję się też z prawnukiem Józefa, który mieszka w Belgii, ma na imię Christophe i nie mówi po polsku. Muszę też wreszcie poszukać tego zdjęcia, zwłaszcza, że już ciocia seniorka z Wrocławia obiecała pomoc w identyfikacji. Ach, jak by się mama ucieszyła!


W ostatnich dniach znacznie nam się poprawił komfort życia w naszym domu i ogrodzie, bo w związku z oddaniem do użytku nowego odcinka ekspresowej "szóstki" odsunął się od nas ruch samochodowy na osi Trójmiasto - Szczecin. Dotychczas mieliśmy tę trasę o kilometr od nas i niestety hałas był słyszalny i dokuczliwy, a zwłaszcza w weekendy, a zwłaszcza w wakacje - i to zarówno w dzień, jak i w nocy. Teraz, w pierwszy piątek wakacji, kiedy niekończące się kawalkady aut biznesowo turystycznych powinny się  przetaczać tam i z powrotem czyniąc smród i hałas - była cisza. Co jakiś czas słychać było oczywiście pojedyncze pojazdy, ale różnica jest KOLOSALNA. Nasza stara dojazdówka do Słupska jest teraz drogą lokalną, czekaliśmy na to długo i wreszcie się stało.

18 czerwca 2026

Zanurzyłam się ostatnio w pewien projekt, który wiąże się z poszukiwaniami w listach i zdjęciach rodzinnych. Ponieważ przedwczoraj poświęciłam już kilka godzin na wyprodukowanie pewnego maila, to dziś przytoczę go tu w całości, bo nie ma sensu pisać tego od nowa. Uprzedzam - lektura dla wytrwałych!

MN kierownik@staremelodie.pl:

 Dzień dobry,
                zaczęło się wszystko kilka lat temu od słuchania cyklu audycji Jana Emila Młynarskiego (już nie pamiętam czy w Trójce czy w Radio Nowy Świat) i była tam kiedyś mowa o tworzeniu elektronicznych baz danych tej dawnej muzyki. I wkrótce trafiłam na zapis o autorstwie piosenki „Czarnoksiężnik”, i osłupiałam na widok imienia – Tadeusz???

Kiedy żyła moja mama, to całe życie słyszałam o jej ulubionym wujku Józku – Józefie Kuroczko (1911-1968), bracie jej mamy (czyli mojej babci) i o jego muzycznych zainteresowaniach. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten wujek był przez jakiś czas (od 1949) dyrektorem pedagogicznym zespołu „Mazowsze” i że był autorem piosenki „Czarnoksiężnik”, którą w czasach powojennych nadawało Polskie Radio. Wielokrotnie nawiązywała do tego w opowieściach moja mama. Zapewne pisała też o tym w swoich licznych listach, ale na razie nie dotarłam do takich wzmianek w sporym i jeszcze nie uporządkowanym archiwum, które zgromadziłam.

Również brat mojej mamy o tym opowiadał i nawet w spisanych przed śmiercią wspomnieniach, dotyczących zresztą głównie jego pracy zawodowej, dołączył kartkę z informacją o tej wujkowej piosence i przytoczył tam z pamięci fragment tekstu od słów: „gdybym miał skarby…”.

Natknęłam się również w sieci na dostępną w PDF monografię Liceum Pedagogicznego w Wymyślinie, gdzie niegdyś mieszkał i pracował Józef Kuroczko; obecnie jest to część miasta Skępe, kujawsko-pomorskie. I proszę zobaczyć, co my tam mamy na s. 24 (dół) i 25 (góra):

https://kpbc.umk.pl/Content/92717/PDF/Licencje_076_10.pdf
(jest tu zresztą także pomyłka – syn Józefa miał na imię Jerzy, a nie Wojtek)

Z licznego rodzeństwa Józefa Kuroczko, wieku dorosłego dożyło tylko troje dzieci: najstarszy brat Eustachy, moja babcia Olga i właśnie on, Józef. Eustachy był w swoich czasach znaną postacią życia publicznego, więc jego losy są dość dobrze udokumentowane (autobiografia wydana drukiem w 1962, zachowane liczne przemówienia i artykuły, nota na Wikipedii). Babcia Olga była zaś zawsze ważną postacią życia rodzinnego.

Józef natomiast pozostał w opowieściach i wspomnieniach rodzinnych i jest najmniej mi znany z nich trojga, mama jednak zawsze podkreślała, jaki był jej bliski i lubiany (jego córka została zresztą moją chrzestną matką). Być może mam gdzieś w zbiorach jego zdjęcie, ale muszę to sprawdzić, bo jeśli nie jest podpisane, to ja sama nie będę go w stanie rozpoznać.  Myślę jednak, że posługując się dostępnymi źródłami, byłabym w stanie zredagować przyzwoitą notę biograficzną Józefa Kuroczko. Od lat prowadzę drzewo genealogiczne mojej rodziny, interesuję się bowiem tym tematem i pewnie też dlatego posiadam sporo różnych strzępów informacji, z których można poskładać całość.

Natomiast nie udało mi się nigdzie odnaleźć żadnych wzmianek o niejakim Tadeuszu Kuroczko, pojawia się on wyłącznie w tej jednej informacji, odnoszącej się do piosenki „Czarnoksiężnik”, zresztą ze znakami zapytania. Czy nie jest to więc pomyłka?

Zbyt dużo może tego pisania, ale chciałam żeby było solidnie i teraz proszę rozsądzić, na ile moje informacje mogą być dla Pana wiarygodne i przydatne. Ponieważ mieszkam w pobliżu Słupska, a jutro Pan Młynarski ma tam w bibliotece spotkanie autorskie, na które się wybieram, to pomyślałam, że to może jest ten impuls i moment, żebym wreszcie zabrała się za tę sprawę, bo jestem chyba ostatnią osobą w rodzinie, która może spróbować ją wyjaśnić.

P.S. Zaczynam przeglądać listy mojej mamy i właśnie natknęłam się na fragment o wspólnym muzykowaniu rodzeństwa (Eustachego, Józefa i Olgi): "bracia Mamusi grali na gitarach i pięknie śpiewali (tenorzy), moja Mamusia śpiewała sopranem, ale nie miała wyszkolonego głosu w odróżnieniu od braci […] gdy wszyscy mieli już swoje rodziny, spotykali się razem i cudownie śpiewali, pamiętam te ich koncerty”