14 marca 2026

Byliśmy z Nuką u weta i to pierwszy raz już u tego naszego, do którego jeździmy ze wszystkimi zwierzętami. 

Postanowiliśmy nie chodzić już do lecznicy, z którą schronisko ma podpisaną umowę i gdzie miał się odbyć zabieg usunięcia tej narośli, którą miała na grzbiecie u nasady ogona. Po pięciu miesiącach z narośli wszystko stopniowo się wykruszyło i pozostały marne resztki o woskowej strukturze, co potwierdza wynik badania wycinka (jeszcze ze schroniska). Wyszło tam wtedy, że jest to jakaś nieprawidłowość w pracy gruczołów łojowych, zapomniana, zaniedbana i zrogowaciała. Tak więc damy sobie już z tym spokój. Przy okazji nasz pan doktor dokładnie obejrzał ogon i potwierdził, że to ewidentnie jest złamanie - stare, zrośnięte i niebolesne; ja myślę, że to było przytrzaśnięcie drzwiami. Pobrano także krew do rozszerzonych badań.

Pacjentkę zważono, wiemy więc, że wreszcie przybrała nam te oczekiwane pięć kilogramów, co zresztą widać, bo wygląda teraz pięknie i okazale, porusza się płynnie i zgrabnie, a sierść ma długą i lśniącą. I wszystko by było idealnie, bo i morfologia krwi piękna, ale łyżka dziegciu musiała się jednak pojawić. Okazało się bowiem, że hormony tarczycy są poniżej poziomu wykrywalnego, co chyba oznacza, że dawno już były z tym problemy, ale nie miała takich badań. No więc od wczoraj mamy znów te tabletki tarczycowe, takie same, jakie dostawał Burek, tylko większa dawka. Ech! Zastanawiamy się, jak to wpłynie na jej zachowanie i czy będzie widoczna jakaś zmiana.

Obecnie Nuka waży 34 kg i nigdy nie mieliśmy takiego dużego psa. Kora ważyła 25 kg i wydawała nam się wielka, a tu proszę.

Nuka i Kora nigdy się nie spotkały, ale żyły jednocześnie na tym świecie prawie sześć lat, w dwóch różnych miejscach. To, jak bardzo Nuka jest z różnych zachowań podobna do Kory, jest wręcz niesamowite. Poniżej zestawienie.

Jak się kładzie, to jest efekt łubudu! - jakby ktoś rzucił workiem gnatów o podłogę. 

Jak zrobi kupę, to taką, że ją widać z kosmosu. I w miejscu takim, że no... mogłaby się pofatygować gdzieś dalej.

W domu chętnie kładzie się "na ścianie" w sieni blisko narożnika/zakrętu. Kora też tam zawsze leżała.

Jak machnie głową, to może człowiekowi podbić oko, lub trafić w zęby, co jest bolesne jak cholera, a ma miejsce najczęściej kiedy ten człowiek jest pochylony przy zawiązywaniu butów, bo zamierza właśnie z tym psem wyjść z domu i on musi to uczcić radosnym machaniem tym swoim wielkim końskim łbem. Niedawno tak zarobiłam, że na własnym zębie rozcięłam sobie wargę do krwi.

Nuka lubi też gryźć plastiki, z tą różnicą, że Kora ja połykała, a potem Ogrodowy Zbieracz Nieczystości w mojej osobie stwierdzał ich obecność w produktach końcowych przemiany materii. Nuka zaliczyła już na przykład zabawy plastikowym wiadrem ogrodowym na wodę, które potem o różnych porach dnia można było znaleźć w różnych częściach ogrodu. Pogryzła również na drobne kawałki obrożę foresto Gucia.

Ma talenty psa stróżującego i co prawda kładzie się zawsze w pobliżu człowieka, ale głową w drugą stronę, żeby widzieć otoczenie. Kora wręcz kładła się w jeszcze większym oddaleniu - tak by widzieć kilka strategicznych kierunków, zakwalifikowanych przez nią do obserwacji (furtki, drzwi, wejścia/wyjścia) a jednocześnie widzieć też nas. W tym czasie Burek kładł się przy nas blisko i to możliwie tak, żeby się dyskretnie i niby przypadkiem dotykać boczkiem lub łapką. 

No a jeśli Nuka kładzie się w ogrodzie i ma do wyboru miejsce zarośnięte trawą lub żywą glebę (na przykład z rozgarniętego kretowiska lub po usunięciu darni), to zawsze wybierze glebę. Pamiętam jak Stary i Młody robili wykop pod wodociąg, który trzeba było przeciągnąć na tyły ogrodu, a Kora przylazła i uwaliła się na stercie tej świeżo wykopanej mokrej ziemi i zrobiłam jej nawet wtedy kilka zdjęć.

A no i jeszcze zabawki - Nuka wszystkie swoje ogrodowe zabawki zbiera w jednym miejscu i z daleka widać ten burdel - patyki, kawałki drewna, kory, sznury do przeciągania i inne skarby. Kora też tak robiła i nawet stara miotła bez uchwytu była świetną zabawką, a wszystko zbierała w pobliżu świdośliwy, żebyśmy mogli podziwiać kompozycję z okien.

Może wszystkie duże sunie są do siebie podobne?

04 marca 2026

Co za szczęście! Wylazła mi spod śniegu zeszłoroczna pietruszka i już wczoraj mogłam sobie uskubać do obiadowych krewetek, choć na razie tylko mikroskopijną ilość. No ale już teraz ona będzie rosła i rosła, co cieszy mnie niezmiernie, bo zamroziłam sobie na zimę za mało natki i na przednówku cierpię głód! Nigdy więcej takiego błędu. Stara pietruszka będzie teraz produkowała natkę aż do czasu, kiedy już wzejdzie nowa pietruszka i wtedy będzie można starą wyrzucić na kompost, bo i tak stanie się niesmaczna, kiedy wypuści pędy kwiatowe. No, chyba że sobie jedną zostawię i wyprodukuję własne nasiona, zobaczymy.

Stary oczywiście ze skrzyniami nawet nie zaczął, bo jak mawiał klasyk, nikt ci nie zrobi tyle, ile ci Stary obieca. Rzucają mu się pod nogi liczne przeszkody, przez które przedziera się dzielnie i ma już nawet za sobą kupowanie rzeczy tam gdzie ich nie ma, a nawet w punktach, które kiedyś były, a teraz ich nie ma. Idzie, jak taran. Jeszcze nas tu w domu czeka doroczna wojna o PIT i śmiało będzie można odtrąbić rozpoczęcie wiosny pełną gębą.

Dla mnie rozpoczął się wreszcie czas codziennej pracy fizycznej w ogrodzie, ale na razie jest to bardzo dziwne, po tych dwóch miesiącach bezruchu. Mam wrażenie, że poruszam się, jak w zwolnionym tempie, że mi ciało nie działa normalnie, ale mam nadzieję, że stopniowo się rozruszam. Na razie zresztą jeszcze trudno się chodzi z przyczyn obiektywnych, bo tam, gdzie dużo się chodzi, wciąż jest śnieg i jest po prostu ślisko. To wszelkie przejścia i ścieżki, więc jest on zadeptany i twardy i naprawdę trzeba uważać. Ale jest już wiele miejsc bez śniegu i stopniowo wygrabiam sobie rabaty i porządkuję ogród, a psy nie posiadają się ze szczęścia. Całe dnie szaleją ze mną w ogrodzie, bawią się, biegają i urządzają szalone gonitwy, a popołudniami padają na mordę. Jako również i ja padam (chyba, że jadę na jogę).

Wczoraj był super piękny dzień i w przerwach urządziłam sobie kąpiel słoneczną na skraju rabaty rozbiórkowej i pstryknęłam nam fotkę z kamery monitoringu.

A dziś mamy poranek po nocnym przymrozku, więc zaraz nastawiam obiad i idę do ogrodu robić pozimowe rozminowanie terenu z psich pocisków po dwóch miesiącach bez sprzątania. 

A potem jadę do schroniska na bardzo ważne spotkanie w sprawie pewnego projektu, o którym napiszę, jeśli będzie o czym.

27 lutego 2026

No więc ruszam powoli z tą wiosną, zwłaszcza, że komunikacja w ogrodzie jest już łatwiejsza i gdzieniegdzie wyziera spod śniegu to, co ostatnio było widoczne w grudniu. Wczoraj posiałam do pudełek pięć rodzajów sałat na rozsadę, a jak wzejdzie, to wyniosę ją do foliaka. Przycięłam już dwie winorośle i trzy powojniki, w tym dwa bycze, rozpostarte na kilku metrach ogrodzenia. Kolejne cięcia jutro, bo dziś szykuję się właśnie do schroniska, a że już dawno nie byłam na psich spacerkach, to po powrocie pewnie padnę na ryj. Muszę też zmobilizować Starego do aktywności ogrodniczych, bo on zastygł od stycznia (a może nawet końca grudnia) w remoncie pokoju strychowego i trudno go teraz wypchnąć z tego stanu. Ale sprawy zostały omówione, ma w ten weekend zakończyć to, co się da zakończyć, posprzątać ten chlew i zostawić na razie tak jak jest, bo na cito trzeba robić skrzynie warzywne!

Lokis dostanie dziś ode mnie nową obrożę, bo sprawiłam sobie taki piękny komplecik - obroża półzaciskowa dla Lokisa i smycz pięciometrowa z tej samej taśmy dla mnie, na schroniskowe spacerki. Jedną smycz już mam, taką używaną tylko w schronisku, ale ona jest raczej dla mniejszych piesków, bo krótsza i z węższej taśmy. Te smycze są używane tylko w schronisku i od razu po każdym powrocie piorę je w proszku do prania i suszę. Ten nowy zestaw uszyła mi na zamówienie jedna ze schroniskowych wolontariuszek, która rozwija swoją działalność w tym zakresie. Atrakcyjność oferty polega na tym, że można wybierać wzory mniej lub bardziej kolorowych taśm, z których ona to potem szyje pięknie i porządnie, a i ceny są przyzwoite, więc naprawdę polecam wszystkim psiarzom - do odnalezienia na Fb pod nazwą "Zuffo Urban".

Chciałabym też skorzystać dziś z Lokisem pierwszy raz z nowego wybiegu dla psów, który został niedawno oddany do użytku tuż przy schronisku i wyposażony jest w różne atrakcyjne urządzenia i przeszkody, a przede wszystkim można tam (a nawet trzeba) spuścić psa ze smyczy. Jak mi się to uda - zobaczymy.

Co do mojego nieszczęsnego kolana, to tak, jest spuchnięte i tak, czekam na termin piątego zastrzyku radioaktywnego. Myślę też powoli i czytam o zastrzykach z osocza i wspomniałam o tym ortopedzie, który w odpowiedzi wspomniał coś, że na wiosnę. Więc domniemywam, że chciałby to osocze pozyskiwać bezpośrednio od przelotnego ptactwa, powracającego po zimowej nieobecności.

23 lutego 2026

Odwilż jest, temperatury na plusie już trzeci dzień i jak napisałam w odpowiedzi na komentarz Ludolfiny pod poprzednią notką, dopadło mnie ogrodnicze podniecenie! Śnieg w ogrodzie robi się coraz cieńszy, woda spływa strumieniami i kałużami, a tu jeszcze Stary stanął rano przy oknie w sypialni i powiedział, że już widać skrzyniowe grządki w warzywniku! Poniżej ich fotka sprzed czterech dni:

Oprócz podniecenia napłynęła od razu fala paniki, bo to, ile mnie teraz czeka roboty, jest nie do opisania. A zwłaszcza, że nie mam do tego (jeszcze) gruntownej rozpiski w punktach i podpunktach ani w tabelce, więc przepełnia mnie poczucie chaosu i wielkiej niewiadomej.

Dobrze, że chociaż rozplanowałam już warzywnik na na nowy sezon, z uwzględnieniem zasad następstwa roślin, a także ich wzajemnego sąsiedztwa, a także z uwzględnieniem trzech skrzyń kwadratowych, które jeszcze nie istnieją, ale Stary obiecał. Skrzynie te dopełnią i zamkną organizację mojego warzywnika - tak to sobie wymyśliłam i rozplanowałam i obiecuję solennie, że to już będzie koniec z tymi skrzyniami. Dopełnieniem samego ogrodu warzywnego będą jeszcze: fasolnik na tyczkach, chrzan i różne zioła. No i mam już tam przecież kilkanaście nowych róż i piękne zadomowione już odmianowe lilaki, które były posadzone jeszcze za czasów kurnikowych.

A to które rośliny się wzajemnie lubią (lub nie lubią), to nie żadne zabobony, tylko allelopatia i warto poczytać, bo to naprawdę bardzo ciekawe rzeczy. Korzystam oczywiście ze ściąg, bo nie wszystko umiem na pamięć, ale od lat sadzę czosnek pomiędzy truskawkami, a marchewkę na przemian z porami lub cebulą, bo są to akurat sąsiedztwa pożądane i wtedy roślinki mogą sobie wzajemnie pomagać w życiu.

Ten sezon będzie pierwszym pełnym sezonem po moim odejściu z pracy, co mnie znowu wprawia w entuzjazm, ale panika towarzyszy oczywiście też, bo znam siebie i wiem, jak ja funkcjonuję z tymi pracami ogrodowymi - że odpuszczam dopiero wtedy, gdy już ryjem o ziemię walnę. Trzeba by wdrożyć jakieś elementy podejścia rozumowego. W końcu skończyłam właśnie przed chwilą 64 lata i jestem już STAROM BAPCIOM.

Tak więc szarpią mną odczucia paradoksalne.

19 lutego 2026

Nie pamiętam takiej zimy z mojego dorosłego życia, a już z życia tu na wsi, to w ogóle. Nie pamiętam też, żebym kiedykolwiek tak często sprawdzała, analizowała i porównywała pogodowe przepowiednie, które często tak się mają do rzeczywistości, jak bajki z mchu i paproci. 

Mam na smartfonie ustawione dwie aplikacje - norweską i amerykańską i obie są zarówno bardzo fajne, jak i diabła warte. No ale obydwie pokazują, że dziś około 11.00 spadł ostatni śnieg w tym miesiącu! Odśnieżyłam już frontowe podwórko i teren przed bramą oraz korytarz życia dookoła domu, co zajęło mi pełną godzinę, a teraz zasiadłam i czekam na realizację części drugiej przepowiedni, która mówi że ostatnia mroźna noc będzie z piątku na sobotę i obydwa portale mają tu spójne zeznania.

No a potem, to cóż, marzec zaraz, a z nim dodatnie temperatury, więc ten śnieg musi się gdzieś podziać. Oby nie za szybko topniał, bo znów będziemy tu mieli zalania i podtopienia. Nasz dom jest na szczęście na wzniesieniu, więc on sam nie jest zagrożony zalaniem, bo wszystko od nas spływa do wsi. 

Mamy w tej chwili w ogrodzie już takie hałdy śniegu, że długo by o tym pisać. Nie ma już gdzie go odrzucać. Przy furtce wejściowej na rabacie z ostrokrzewami śnieg z podwórka połączył się u góry ze śniegiem sprzed wejścia i utworzył śnieżną górę, w której wnętrzu jest płot. Przy schodach do domu zwały śniegu przewyższają poziom tarasiku wejściowego. Za foliakiem, tam koło borówek, siatka normalnej wysokości obecnie jest tak głęboko przysypana, że mogłabym przejść do sąsiada, podnosząc po prostu nogę i przekładając ją przez siatkę na drugą stronę. W ogóle chodzi się po ogrodzie jakby na podwyższeniu i wszystkie rośliny też mają teraz zupełnie inną wysokość. A tam pod spodem są róże, ponad 200 moich róż. Niektóre z nich widać, te duże - pnące i parkowe, ale cała reszta - rabatówki, okrywówki i wielkokwiatowe, są tam w śniegu i wyobrażam sobie, ile będzie zniszczeń i uszkodzeń pędów, wyłamanych pod ciężarem kolejnych warstw śniegu przybywającego i (już za chwilę) ubywającego.

Wczoraj zaczęłam planowanie warzywnika na nowy sezon, przejrzałam nasiona i zapisałam, co trzeba dokupić. Myślałam, że Stary mi zrobi w styczniu 3 nowe (kwadratowe tym razem) skrzynie, ale spodziewałam się zimy, która pozwoli na jakieś prace na zewnątrz. Tymczasem możliwe było tylko odśnieżanie, a więc będzie opóźnienie.

Nie lepiej niż nasze podwórko wygląda cała wieś, bez mała jak teren pagórkowaty i to wszystko jest śnieg zgarnięty przez odśnieżarki z jezdni. Najgorzej będzie z drogą, prowadzącą do nas od asfaltu, bo od południa przylegają do niej budynki i zasłaniają słońce; tam śnieg zawsze leży najdłużej.