W miniony piątek pojechałam do schroniska i przeszłam na drugą stronę mocy - zgłosiłam się do pomocy w sprzątaniu kociego szpitaliku przy gabinecie weterynaryjnym. Ja, osoba, która kiedyś, gdy nasze małe dziecko jedno lub drugie wlazło butem w psie gówno na osiedlowym trawniku, biegłam wymiotować do toalety, a rzeczone obuwie dziecięce odzyskiwał do użytku Stary.
Najpierw poznałam Cysię, cudowną sunię z dramatycznej interwencji, o której pisałam kiedyś post na fb, ale dotychczas znałam ją tylko ze zdjęć. Cysia jest piękna, a także miła, ufna, kochana i nie widać po niej zupełnie, że przeszła gehennę - to po prostu jest niewiarygodne. Nawet nie będę tu opisywać, co ten zwyrol pseudoopiekun jej zgotował w poprzednim życiu, dość powiedzieć że post z policyjnej interwencji ma ponad 300 komentarzy i jest tam w nich kilka razy upubliczniany ryj tego oprawcy z miejscowości Wytowno.
Byłyśmy z Cysią na cudownym godzinnym spacerze z przygodami.
A potem, ponieważ nie było w tym dniu innych wolontariuszy i nie miałam z kim wyprowadzać regularnych boksów, to zgłosiłam się do tych kotów.
Pierwszy raz byłam w weterynaryjnej części schroniska. Szpitalik jest oddzielnym pokoikiem z klatkami w układzie kilkupiętrowym i w tych klatkach mieszkają biedaki chore lub pooperacyjne. Kwaterują w klatkach zazwyczaj pojedynczo, ale czasem zdarzy się dwójka lub trójka i są to maluśkie kocięta, które pewnie jakaś bogobojna ludność wyrzuciła we wspólnym worku do śmietnika. Każda klatka jest wyścielona kocykiem/poszewką/ręcznikiem (są to tekstylia z darów, których zbiórki ogłaszane są przez schronisko co jakiś czas). W każdej też jest kuweta i miseczki na wodę i jedzenie. Podłoga jest dziurkowana, a pod spodem ma drugie dno, taką jakby szufladę i obie te warstwy można wysunąć. Jest to bardzo przydatne, bo dzięki temu można przy tylnej ścianie klatki zablokować nadmiar tkaniny wyścielającej podłogę.
Obsłużyłam tych klatek kilkanaście. Najpierw oporządzałam kuwetę, potem prześcielałam kocyk i miziałam lokatorów, gadając do nich zupełnie tak samo, jak do naszych domowych sierściuchów. Niektórzy z nich opuszczali w tym czasie klatkę i łazili po całym pomieszczeniu, ale nie wszyscy się garnęli i także nie wszyscy mieli na tyle dobrą kondycję, żeby sobie z tym poradzić.
Największą niedogodnością przy tej pracy była duchota w pomieszczeniu, bo nie ma tam okna ani klimatyzacji i było to szczególnie uciążliwe na początku, kiedy tylko przyszłam i byłam przejęta i podekscytowana całą sytuacją. Potem poradziłam sobie tak, że kiedy wszyscy pacjenci byli w klatkach, to po prostu otwierałam na trochę drzwi i wpuszczałam świeże powietrze z dużego gabinetu weterynaryjnego, który w dodatku miał drzwi zewnętrzne otwarte na podwórko.
I tak spędziłam tam 90 minut, a na koniec do wszystkich klatek powstawiałam miseczki z wodą i już szybko spieprzałam, bo chciałam zdążyć przed piątkową sraczką komunikacyjną godzin szczytu, co zresztą nie całkiem mi się udało.
Jesteś niesamowita Małgoś, dobra i wielkoduszna. Bardzo Ci kibicuje! <3
OdpowiedzUsuńOj, no weź, dziękuję i ściskam! Tam te Twoje poszewki też na pewno widziałam :)
OdpowiedzUsuń