Więc rozglądam się wokół i jak gdzieś dopadnę dzikiej jabłonki, to sprawdzam. Nie wszystkie one mają owoce nadające się do jedzenia, ale czasem można trafić na prawdziwy skarb i jeden z nich znajduje się na trasie moich spacerów z psami. Jabłka są żółte, bez rumieńca, odpowiednio słodkie i odpowiednio kwaśne, z przecudnym aromatem. Przynoszę od paru dni po kilka, ile tam zmieszczę do kieszeni, jeśli akurat mam kieszenie. Zbieram, bo kopytkowe oczywiście zaraz by mi je powyżerały, więc trzeba zachować czujność zbieraczą. Wcześniej już kilka jabłonek zweryfikowałam negatywnie, ale dziś wybrałam się na żniwa, a nie było na co czekać, skoro już same spadają. I była to premedytacja, bo z pełną świadomością wzięłam z domu foliówkę, a po drodze wyposażyłam się w drąg z rozwalonego ogrodzenia i oto jestem po żniwach.
Jeśli te Ci zasmakowały, to na swoich Ligolach możesz spróbować zaszczepić parę gałązek pobranych z tej dziczki, podobno to działa. Żałuję, że nie zrobiłam tak z drzewem ze starej rodzinnej działki, nigdzie nie znalazłam takich pysznych jabłek, jakie tam były.
OdpowiedzUsuńTa jabłonka nie ma młodych przyrostów, więc nie bardzo jest jak pobrać zrazy do szczepienia. Zresztą już mam różne ulubione odmiany, w tym i taką podobną do tej polnej, ale niestety, przemarzły w tym roku kwiaty.
OdpowiedzUsuńCo do szczepienia, to ja już próbowałam różnymi sposobami, w oparciu o specjalistyczną literaturę i nic mi z tego nie wyszło. Minionej wiosny chyba Staremu się udało, bo przyjęły się 2 patyczki i ciekawa jestem jak ruszą po zimie.
i ja kocham dzikie jabłonki. /moja osobista jedna jedyna, jak wiesz, już ledwo stoi i owocuje co dwa lata/ ale coraz ich mniej w tej okolicy, wycinają bez pardonu
OdpowiedzUsuń:-(w tym roku dupa blada. .. nigdzie nie byłam. Naczelnik za to zlokalizował cudowną przy remizie.
Myślę o piesku i myślę ale to ja sama, bo Naczelnik rejczel nie myśli. dziad jeden.
Oj tam, może się nawróci!
OdpowiedzUsuń