No i tak to ze mną jest - albo wysrywam notki, jak bobki spod koziego ogona albo... dwutygodniowa cisza.
Ostatnio pochłania mnie bardzo zacne dzieło utylizacji włóczkowych zasobów i powiem, że nawet nieźle mi idzie. Miałam ostatnio takie wtopy, że kiedy potrzebowałam jakieś 200g włóczki do renowacji dzierganego płaszczyka, to na wszelki wypadek kupiłam trzy różne mieszanki wełniane i to każdej po 600g, bez oglądania, no bo przecież dobra jakość, dobre składy, prosto z włoskich fabryk, to PRZYDA SIĘ. No a do tego zalegające starsze jeszcze zasoby i potem rób co chcesz - a ręce tylko dwie, a doba taka krótka! A do tego od prawie roku czeka ponad kilogram cienkiego kaszmiru, który zanim wskoczy na druty, to wymaga czasochłonnej i pracochłonnej obróbki - przewijania, farbowania i rozmyślań nad projektem. I coraz bardziej mnie do niego ciągnie.
Oprócz dziergania miałam teraz czas reorganizacji moich nastawów - octów i maceratów olejowych, przy której to akcji próbowałam odzyskać miejsce w kuchni, ale nie bardzo mi się to udało, bo wciąż muszą tam stać octy, których jeszcze nie mogę zakręcić i trzeba je mieć na oku.
Mam teraz także już całkiem porządny kącik na moje wyroby, urządzony w ganku koło zamrażarki. Dojrzewające w dużych słojach octy (jeszcze z nastawami) mają własną drewnianą skrzynkę, a obok i na wieku tej skrzynki, znalazło się też miejsce na gotowe produkty oraz słoiczki i buteleczki na przyszłość.
W pracy się ostatnio pozmieniało i to na lepsze. Po tygodniach obiecanek i odwlekanych terminów zakupu licencji, szkolenia i instalacji systemu, mam wreszcie działający program do obsługi zbiorów bibliotecznych. Jest on częścią systemu placówki macierzystej we wsi gminnej, widzimy więc wzajemnie swoje zbiory i udostępnienia i jest fajnie. Wreszcie znów czuję się bibliotekarką.
Szykuje nam się w tym roku niezwykle atrakcyjny czas okołoświąteczny i właściwie chyba wreszcie, od śmierci mamy, naprawdę dojrzałam do tego, żeby cieszyć się świętami i angażować się w ich urządzanie, choć oczywiście u nas (jak to u heretyków), termin trochę inny. Ale już się nawet mało kto gorszy, kiedy o tym wspominam. Będzie nas aż sześcioro, co w naszej małej rodzinie nuklearnej, która nie ma ani przodków ani potomków, stanowi naprawdę niezły wynik. Będą to również pierwsze święta w nowym układzie wnętrz w domu i ciekawa jestem, jak to się nam sprawdzi.
Dzieci przyjeżdżają i wyjeżdżają w różnych terminach, szykują się więc istne wędrówki narodów między dworcami i lotniskami a domem. A do tego Zakład Medycyny Nuklearnej wznowił zabiegi i 20 grudnia jadę na powtórkę radiosynowiortezy, za przeproszeniem Szanownych Państwa. Będę więc w okresie okołoświątecznym sikać na zielono.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz