30 grudnia 2025

Malowanie pokoju zostało zakończone przedświątecznie, tak więc miałam od razu wysprzątane jak nigdy! Stary sfinalizował wreszcie proces wieszania obrazków i teraz są rozmieszczone nieco inaczej, a dodatkowo doszły dwa nowe - portret babci Starego ze strony ojca oraz tenże ojciec jako drobne pacholę.

Stary wymyślił też, żebyśmy jeszcze dołożyli nasze dwie fotki z czasów dzieciństwa i nawet wskazał kandydatury do oprawienia. 

Dobiega końca projekt "adopcja Nuki". Wczoraj byliśmy w schronisku na rozmowach, mamy już wypełnione papiery i dziś je tam im podrzucimy. Przed samymi świętami byliśmy też z Nuką w lecznicy, w celu oceny zmiany na grzbiecie pod kątem zabiegu operacyjnego, który to zabieg, naszym zdaniem, po prostu się nie odbędzie. Narośl w schronisku miała na pewno z ponad centymetr średnicy i była widoczna bez rozgarniania sierści, bo po prostu wystawała. U nas w domu zaczęła powoli znikać i to bez jakiejkolwiek interwencji w postaci smarowania, zakrapiania etc. -  grudka stopniowo obsychała i odpada kolejnymi warstwami, jest więc coraz mniejsza.  Tyle może zdziałać DOM - ciepło, spokój, dobre jedzenie, troska i przyjaźń człowieka, no... po prostu stabilizacja. A sama ta zmiana, jak się na szczęście okazało, ma swoje źródło w zaburzeniach pracy gruczołów łojowych, czyli jest to zaniedbany stary kaszak. Teraz dostaliśmy teraz od weta kropelki sterydowe do nanoszenia raz dziennie po jednej i będziemy obserwować do połowy lutego, a potem ewentualnie dalsze decyzje.

Kolejna rzecz, o jakiej chciałam napisać, to kamera zewnętrzna, którą kupiliśmy sobie na początku grudnia i po świętach została wreszcie zamontowana i zainstalowana na szczytowej północnej ścianie domu, tej porozbiórkowej, na której nie ma okien. 

Chcemy obserwować daniele, które stadami wędrują po naszej wsi i to nawet często za dnia, już nie mówiąc, że po każdej nocy widać w piasku nowe odciski ich ostrych kopytek. Koło naszego domu przechodzą one bowiem z jednego lasu do drugiego, nadciągając z pól i przekraczając drogę powiatową. Czasem latem, kiedy robię sobie poranną kawę, uda się akurat przez kuchenne okno zobaczyć jakiegoś rogacza wyłażącego na naszą drogę prosto z podwórka sąsiadów. Kamera pokazuje niezłej jakości obraz (w dzień w kolorze) i dźwięk, które obserwujemy na smartfonowej aplikacji - fajnie słychać szum wiatru i ćwierkanie ptaszków. 

Ciekawa jestem, kiedy upoluję pierwsze kopytkowe - w latach minionych byłoby łatwiej, bo wyrzucałam im tam za ten płotek jabłka, gdy miewałam klęskę urodzaju. 

No i na koniec tej notki zapraszam do podziwiania ekosystemu w naszej sieni!

21 grudnia 2025

Wzruszyliście mnie ludzie, że tu wchodzicie i czytacie notki, których nie ma, bo przecież przez ponad miesiąc ani słowem się nie odezwałam, a w tym czasie blog odnotował 1730 odwiedzin. Szkoda, że poza nielicznymi wyjątkami nie zostawiacie śladu w postaci komentarzy, bo czasem myślę, że to ja i jeszcze ta mniej więcej piątka komentujących jesteśmy wszyscy razem chorzy psychicznie i zaglądamy tu po kilkanaście razy każdego dnia i nabijamy te statystyki. Choć chyba to nie tak działa. Zresztą... około setki odwiedzin dziennie też mi tu wygląda jakoś nieprawdopodobnie, a tyle właśnie pokazują statystyki

Jesteśmy po malowaniu największego pokoju, który przed naszym zamieszkaniem tutaj miał aż sześćdziesiąt metrów, czyli tyle, co całe mieszkanie w bloku, w którym przeżyliśmy z dwójką dzieci dwadzieścia pięć lat. No ale trzeba pamiętać, że była to kiedyś szkolna klasa, a potem filia biblioteki gminnej. Kawałek tego pokoju ukradliśmy wtedy od razu, tworząc od podstaw dużą jasną łazienkę i to była nasza główna ingerencja w substancję budynku w sensie reorganizacji terytorialnej. A duży pokój wciąż pozostał duży, bo około czterdziestometrowy.

Teraz po malowaniu trwa wieszanie obrazków - zdjęć naszych przodków, wśród których jedyną żyjącą osobą jest ciocia Maryla, ta, która niedawno obchodziła dziewięćdziesiątkę. Obrazki dotychczas wisiały krzywo i  nieco bezładnie, a teraz mają wisieć prosto i sensownie i to wyzwanie podjął Stary, który już wymyślił kilka kolejnych sposobów osiągnięcia tego celu i wciąż jest w procesie.

Notkę napisałam spontanicznie w niedzielny poranek, w chwili pomiędzy piciem porannych kaw i octu lawendowego, a jedzeniem śniadania, po którym zaraz wsiadam w auto i jadę do schroniska. Od minionego tygodnia wznowiłam pracę z Lokisem i jeżdżę szczególnie do niego, a potem różnie - zależy jakie są potrzeby i co na to mówi moje kolano. O Lokisie napiszę oddzielnie.

Jutro jedziemy z Nuką na pobranie krwi do badania, obcięcie kilku pazurów i ponowną weryfikację tego guza u nasady ogona, który miał być usuwany operacyjnie, tymczasem on po kawałku warstwami obsycha i odpada i zostało już mało co. Więc niech spojrzą, czy to w ogóle trzeba się w tym grzebać. Nuka jest u nas wciąż w opcji Domu Tymczasowego, właśnie ze względu na tę narośl, ale chcemy jak najszybciej dokończyć sprawę i przeprowadzić normalną pełną adopcję.

20 grudnia 2025

Minęło już prawie sześć tygodni mojej żałoby i już chyba z dziesięć dni temu przestałam wreszcie płakać. Trzeba żyć dalej, jak to mówią, nie ma wyjścia. I cieszyć się tym, co jest.

Nasz Burek, ten nasz pierwszy pies ze schroniska, adoptowany jeszcze w czasach kiedy żyła moja mama i kiedy mieszkała z nami Kora, zakończył swoje życie po trzydniowej gwałtownej chorobie, w wyniku błyskawicznie postępującej wielonarządowej niewydolności, spowodowanej trucizną. Bo to właśnie pokazała analiza wyników badań, które spłynęły już po jego śmierci - cały system mu się nagle zawalił! Wszystkie narządy wewnętrzne wysiadły po kolei, większość parametrów na wydruku jest drastycznie poza normami, a nie był to żaden powolnie narastający proces, bo Buruś był od paru lat leczony z powodu niedoczynności tarczycy i w związku z tym był na bieżąco pod kontrolą. Co kilka miesięcy przechodził badania krwi, żeby było wiadomo czy nie modyfikować dawki leku i jeszcze w sierpniu poszerzona morfologia pokazała piękne wyniki - wszystko z góry na dół było na zielono, a doktory z uznaniem stwierdziły: "jak u młodego psa". Teraz... prawie wszystko wyszło na czerwono.

Jaka to była trucizna i skąd się wzięła, tego nie dowiemy się nigdy. Jedno co wiemy, to że nie była to trutka na szczury, bo doktor od razu to podkreślił. Możemy snuć hipotezy i domysły, ale cóż nam to da. Jedno wiemy, że po tułaczce, jaką przeżył w czasach przedschroniskowych, był to pies, zawsze i wszędzie poszukujący czegoś, co można zjeść, wiecznie głodny i nienażarty. Mógł znaleźć coś podczas wspólnych spacerów, nawet przypuszczam, że to mogło być w sobotę 8 listopada, kiedy to ja sama byłam z nim przed zmrokiem na polach. 

Chodziłam z nim samym tylko, bo on już od pewnego czasu nie był chętny do biegania po ogrodzie. Podczas gdy Gucio i Nuka oddawali się szaleństwom, wygłupom, zapasom i gonitwom, on załatwiał niezbędne potrzeby i siadał, i tak siedział. Jedynie wieczorami pozostawał w ogrodzie dłużej i jako ostatni robił obchód w ciemnościach, gdy pozostałe psy były już w domu i przysypiały. Martwiłam się, że jak nie będzie miał ruchu, to będzie coraz gorzej chodził, że stawy mu wysiądą, mimo suplementów wspomagających stawy starszych psów, które brał od paru lat. Więc wymyśliłam mu te spacery indywidualne - wychodziliśmy dyskretnie i uciekaliśmy dwóm pozostałym psom, które zostawały wtedy w domu ze Starym.

Na takich spacerach Burek wspaniale się ożywiał i widać było, że czerpie z nich wielką radość. Od razu mu się zmieniała mowa ciała, pomykał z lekkością, zadowolony i szczęśliwy. Jeszcze Młoda miała szansę tego doświadczyć, kiedy była u nas w październiku, bo też się z nim wybrała na taki solo spacerek terapeutyczny. Moje ostatnie z nim wyprawy, już w jesiennej aurze, odbywały się czasem prawie na granicy dnia i nocy, bo musiałam czekać, aż Stary wróci z pracy i przejmie pozostałe psy. Łaziliśmy więc sobie we dwoje po sennych błotnistych polach, oglądaliśmy wschody pełnego księżyca i budowę nowego domu na brzegu lasu i właśnie z takich ostatnich spacerów pochodzą te fotki.

 

Burek od dawna chodził bez smyczy, bo on był zawsze przy człowieku i ani mu do głowy nie przyszło gdzieś uciekać, a kiedy na przykład na zakręcie spacerowej trasy zobaczył człowieka czy kopytkowe, których ja (idąca z tyłu) jeszcze nie dostrzegałam, zatrzymywał się i odwracał z pytającym spojrzeniem. No ale prawdą też jest, że wszelkie smrodliwe smakołyki to była zawsze dla niego atrakcja i jak znalazł coś takiego w polu, to się zawieszał i trzeba było drzeć mordę, żeby go przywołać, a czasem i iść po niego w te błotniste ary i hektary.

Inna hipoteza nasuwa mi myśl, że znalazł u nas w ogrodzie to coś, co zjadł, a co znalazło się tam z zewnątrz - może jakieś zwierzęce zatrute szczątki zrzucone na przykład przez sroki, które różne świństwa roznoszą i rozrzucają. Zupełnie nie dopuszczam ingerencji jakichś ludzi o złych intencjach, no nie i koniec. Inaczej - musiałabym pójść z pochodnią i po obu stronach drogi podpalać kolejne gospodarstwa. I zresztą jak miałabym tu dalej żyć?

Na ten ostatni, całkiem ostatni spacer, w niedzielę 9 listopada wybraliśmy się obydwoje i ze wszystkimi trzema psami. I wtedy były chyba już pierwsze symptomy, że Buruś źle się czuje, bo powolnie snuł się za nami z tyłu, wciąż trzeba go było wołać i jakoś tak nie chciało mu się iść. Wieczorem i w nocy pojawiły się kolejne niepokojące objawy, a nazajutrz zaczęły się codzienne poranne wyjazdy do lecznicy i popołudniowe powroty, badania, prześwietlenia, zastrzyki i kroplówki. Ale nie chciało być lepiej, bo zniszczenia postępowały w piorunującym tempie. W środę Stary przyjechał z nim i wniósł go już na rękach do domu i na posłanie, wiedząc, że prawdopodobnie żadnego jutra już dla niego nie będzie. Ostatnie półtorej godziny przesiedzieliśmy oboje przy nim na podłodze przy posłaniu, razem z Guciem, żeby wiedział, co się stało i mógł też przeżyć i zamknąć swoją psią żałobę. Nuka patrzyła na nas wszystkich ze swojego posłania, oddalonego o kilka metrów i przez cały ten czas nawet nie drgnęła.

Wielu ludzi nie rozumie, jak można tak kochać psa i jak można tak bardzo rozpaczać po jego śmierci. Ja osobiście uważam, że to ich wielka strata, jednak oni tak tego nie odczuwają. Bo chyba tak to już jest w życiu urządzone, że jeśli czegoś nie doświadczyliśmy, to zupełnie nie wiemy, co straciliśmy. Tak jak na przykład ja nie wiem, co tracę (i czy w ogóle coś tracę), nie mając wnuków. I chyba, paradoksalnie, dobrze to jest urządzone, bo w przeciwnym razie cale życie cierpielibyśmy z powodu tego, czego nie ma.

Pisałam tę notkę w kilku podejściach i znów oblałam ją łzami i poprawiałam i uzupełniałam tysiąc razy. I myślę sobie, że takiego dream teamu jak Burek i Kora, te nasze dwa koniki, to już nigdy tu nie będzie. Buruś był w niej zakochany bez pamięci, we wszystkim ją naśladował, ustępował jej i zabiegał o jej względy, a kiedy już przyszło nam się z nią żegnać, to on też był przy tym pożegnaniu, a potem w bardzo widoczny sposób przeżywał swój własny smutek i tęsknotę. Mam nadzieję, że przynajmniej są znowu razem, gdzieś tam - jeśli jest jakieś TAM, w jakiejkolwiej formie i postaci.