13 lutego 2026

Wczoraj jeszcze to nie był dzień "trzynastego w piątek", bo dopiero dzisiaj jest. Jednak mieliśmy właśnie wczoraj małą kumulację kataklizmów gospodarczych.

Po pierwsze - Gucio wydostał się za ogrodzenie i pobiegał trochę po wsi. Otóż, poszłam na 45 minut do sąsiadki i z rozmysłem zostawiłam psy na zewnątrz, bo było bezwietrznie, przyjemnie, padał drobniutki lekki śnieg i fajnie szalały sobie w ogrodzie. Pilnowałam czasu, żeby nie przekroczyć tych trzech kwadransów, żeby mi pieski nie zmarzły. Wracam, patrzę, a  ten gnojek siedzi przed furtką, przerażony taki i ucieszony jednocześnie na mój widok! A Nuka spogląda pomiędzy szczebelkami furtki, ale po jej właściwej stronie. Weszłam z nim na podwórko, gdzie najpierw zebrał od Nuki opierdol dyscyplinujący, jak to zwykle bywa, gdy się oddali i nie od razu przychodzi na moje wołanie. Poskubała go trochę, było też małe warczenie rozładowujące napięcie, a ja pokręciłam się chwilę po podwórku z szuflą i poszłam za furtkę badać ślady na tym świeżym śniegu. W stronę pola pobiegł niezbyt daleko, nawet nie do tylnej furtki i tylko raz i zawrócił. W stronę szosy biegał kilka razy i wracał. Którędy wyszedł? Musiał chyba wyskoczyć przy tylnej furtce (przy rabacie rozbiórkowej), bo skoro płotek ma tam normalnie powiedzmy metr wysokości, to teraz, przy tej pokrywie śnieżnej zalegającej w ogrodzie, została tego płotka połowa. Więc chyba tam właśnie przeskoczył, bo w tym miejscu było jakieś zagęszczenie śladów. Oby mu się to nie utrwaliło w myśl zasady, że precedens tworzy prawo. Mam nadzieję, że nie, bo widać było, że przestraszył się solidnie. Cały dzień był jakiś taki inny, no... zdecydowanie wiedział, że przeskrobał i zranił serce swojej mamusi.

Po drugie - Stary rozwalił bramę garażową. Przyjechał z pracy i kiedy wjeżdżał tyłem do garażu, to na śliskim mokrym śniegu zniosło go w prawo i pierdolnął prosto w skrzydło bramy, co usłyszałam z kuchni przez zamknięte okno. Podobno zawiasy całe, a skrzydło bramy do naprawienia w weekend. No, desek ci u nas dostatek, jako i narzędzi w typie "bzit-bzit". O uszkodzenie auta nie zapytałam, bo to jego auto jest jednym wielkim uszkodzeniem i w zasadzie póki nic nie odpadło, to jest OK.

Po trzecie zmywarka wyświetliła błąd nr 15, co AI opisuje jako swojego rodzaju hydrozagadkę. Proponowane sposoby nie przyniosły efektu, więc mam nadzieję, że dziś się okaże - naprawiamy, czy kupujemy nową. BTW zapisałam się na niedzielny wieczór na szkolenie z Gemini, żeby uciec jak najdalej z grona starców wykluczonych cyfrowo, bo mam takich wokół siebie sporo i przerażają mnie bez miary.

Do tego trzeba dodać kataklizmy będące już w procesie, a mianowicie moje wybuchnięte oko (od tygodnia), moją corsę u mechanika (od środy i jeszcze do środy - łańcuszek rozrządu)  no i uwaga, nowość - !!!%$#@&%*!!! - trzeci dzień gęsto pada śnieg, przy temperaturach zero/plus, a na przełomie weekendu i nowego tygodnia zapowiadane są znów mrozy około dziesięciostopniowe. Więc obecnie jest biało, ślisko i mokro, co wkrótce się ustabilizuje i przejdzie w stan biało i ślisko.

12 lutego 2026

Kupiłam jednak te róże, ale tylko trzy odmiany Shrek, Królowa Warszawy Świtezianka, a impulsem do poszukiwań była jedna z nich, ta ostatnia. Zakupy więc niezbyt bogate, ale ja już jestem stara wyjadaczka, więc wiem, że róże kupuje się jesienią i to jest ten lepszy czas. Za oknami wciąż zima, ale już przecież zaraz marzec! Mam w tej chwili dwanaście róż, których kwiatów jeszcze nie widziałam, to są debiutantki na nowy sezon.

Pod wpływem tych nazw Rojewskiego zatęskniłam za powtórką wielogodzinnych seansów "Gry o tron", ale też przypomniałam sobie, że właściwie nie oglądałam jeszcze "Rodu smoka", więc od tego zaczęłam. No naprawdę, podobają mi się te pyskate jasnowłose dziewuszki, latające na smokach i też bym tak chciała!

Tydzień temu z  nieodgadnionych przyczyn wybuchło mi oko i wylądowałam nawet na SOR-ze z badaniem na oddziale okulistycznym w sobotę nad ranem, a potem w poniedziałek na prywatnej wizycie u pani okulistki. Okuliści zagłębili się w czeluście oka mego i zgodnie (oraz niezależnie od siebie) stwierdzili, że to nic groźnego, wylew podspojówkowy, który teraz będzie się wchłaniać. Długo. Dostałam kropelki i tabletki, ale dni mijają, a ja błyskam krwawym okiem i żadnego wchłaniania na razie nie widać. Nie boli, nie zaburza widzenia, ale wyglądam jak zombie.

Ponieważ zadeklarowałam się jeszcze przed tym wybuchem, to pojechałam wczoraj na niezwykłą wyprawę, a oko moje krwawe miało debiut w przestrzeni publicznej. Mianowicie zgłosiłam się na apel koleżanki wolontariuszki, która miała zawieźć swoim autem do lecznicy w Trójmieście niewidomego pieska na wizytę kontrolną po amputacji oczka. Od razu dodam, że pani doktor zainteresowała się i moim okiem i z aprobatą kiwała głową, kiedy jej wyliczałam przepisane medykamenty.

Sordo to psi senior, który ma już około 13 lat i od dawna był niedowidzący, aż wreszcie całkiem stracił wzrok. Tu jest opisana jego historia, a na ostatnich fotkach, można zobaczyć jak wyglądał, kiedy te oczka jeszcze działały. Można sobie wyobrazić, czym jest jazda autem dla niewidomego psa - zwalnianie, przyśpieszanie, zakręty. Wielokrotnie wpadał w panikę, jakby próbował się wydostać i uciec, raz (na ślimaku) zaczął nawet głośno szczekać, ale ogólnie trzeba przyznać, że był bardzo dzielny i kochany. Dla mnie to była siłownia - musiałam go trzymać i pilnować, żeby nie władował się na głowę koleżance siedzącej za kierownicą i nie pozabijał się o ściany w tych kryzysowych chwilach. Na szczęście dawał też odpocząć sobie i mnie, kiedy się kładł przy mnie lub wprost na mnie, na moich kolanach dupskiem lub głową. Wtedy leżał spokojnie, przytulony, a nawet (już w drodze powrotnej) były chwile przyjemności, gdy zrelaksowany wywracał się brzuchem do góry, na tyle, ile pozwalało temu dużemu psu miejsce, jakim dysponowaliśmy na tylnym siedzeniu. Mimo odczuwanego dyskomfortu ten piękny psiak jest łagodny, ma pogodne usposobienie i taką lekką, młodą mowę ciała. Ach jak by mu się przydał spokojny cichy dom, na przykład nieduże mieszkanko u samotnej osoby, gdzie by się szybko nauczył topografii terenu, by móc swobodnie się poruszać i nie robić sobie krzywdy. U osoby, która by go wyprowadzała na smyczy na spacerki ze 3 razy dziennie, żeby mógł sobie powęszyć, a poza tym tylko by BYŁA. 

Kiedy dotarliśmy do schroniska, czułam się, jak po siłowni. Była godzina szesnasta, a ja zjadłam dopiero pierwsze "cokolwiek" tego dnia - parę kawałków pomidora, kalarepki i kilka orzechów laskowych - żeby nie umrzeć z głodu i dotrwać do obiadu w domu. 

Wszystkie ciuchy rzuciłam w łazience na podłogę, oblepione i przenicowane psimi kudłami, włącznie z moimi dzianinami na drutach (sweterkiem z alpaki i bawełnianą chustą) i płaszczem. Muszę to jakoś wytrzepać i wyskubać, zanim wrzucę do pralki! Nie wyobrażam sobie, jak koleżanka pozbędzie się teraz tych kudłów ze swojego auta!