06 kwietnia 2026

To były bardzo dziwne święta wielkanocne, kiedy to współczynniki przyjemności i dyskomfortu rozłożyły się dziwnie proporcjonalnie, zupełnie tak, jak gdyby podlewać świeżo wysiane nasionka zbyt dużym strumieniem wody i cała ta woda spływa w jeden kąt doniczki wraz z nasionkami, a w reszcie nie zostaje nic.

Pierwszy dzień świąt był całkiem do dupy, oprócz tego może, że przygotowałam nam ładny stół śniadaniowy i odwróciłam ustawienie stołu w pokoju, wraz z dywanem, co było zaskakująco korzystną zmianą. Potem już było pozmiatane, bo nażarłam się tak, jakbym miała zaprząc się do pługa i siłą ramion (bez konia) zaorać wszystkie pola w naszym sołectwie. Orać jednak nie poszłam, za to już przez resztę dnia czułam się, jak TIR i tak aż do 19.00, więc mogłam tylko leżeć i oglądać "Grę o tron" i marzyć o tym, by wreszcie się skończyła, bo ostatni sezon miał kilka odcinków tak skonstruowanych, że z nudów muchy zdychałyby w locie, gdyby były (ale ich nie ma, bo jest zimno i piździ). Przez tę cholerną zimę weszłam w ten serial po raz drugi i wiadomo - jak już weszłam to musiałam brnąć i odłożyć na bok inne dobra kultury, co mnie wyczerpało psychicznie do granic wytrzymałości. No i przez to przeżarcie nie mogłam już nic jeść, aż do 19.00, kiedy to wreszcie zjadłam moje mazurki bezcukrowe (ale się nie cieszyłam, zwłaszcza że o takiej porze nie jadam już nigdy niczego).

Wieczorem Stary stwierdził, że skoro w tradycji drugi dzień świąt był tym dniem, kiedy to chodziło się w gości i odwiedzało innych ludzi, to on jutro zaprasza mnie do siebie (czyli na górę) na śniadanie. 

No i faktycznie zrobił i zaniósł na górę całe śniadanie i w trakcie tylko raz zapytał "gdzie my mamy sól", bo trzeba było dosypać do solniczki. No ale nakrył ładnie stół i wszystko co trzeba na nim było, i była nawet ta napełniona solniczka, bo dla mnie wszystko jest zawsze niedosolone i już koleżanki w akademiku "Nawojka" straszyły mnie, że od tej soli umrę na nerki, a tymczasem ja żyję i nie umieram.

Tak więc drugi dzień świąt zaczęłam tym miłym proszonym śniadaniem, a potem pojechałam  do schroniska, gdzie była zaplanowana akcja sprzątania naszych tras spacerowych. Poszłam z D. i M. piękną trasą przez las, gdzie wielkie drzewa osłaniały nas i dzięki temu wicher nie urwał nam łbów. Dostałam od nich w prezencie taki składany wichajster z chwytakiem do podnoszenia śmieci z ziemi i przyznam, że super się tego używało i wcale nie trzeba się było schylać. Nazbieraliśmy masę śmieci (segregowanych od razu do kolorowych worków) i upewniłam się tylko, że w tej dziedzinie działalności, jaką jest produkcja i rozrzucanie po świecie wszelkiego syfu,  człowiek jest nieprawdopodobnie produktywną istotą.

Po powrocie do domu pracowałam jeszcze w ogrodzie w dwóch turach - przedobiednio i poobiednio. Wyczyściłam i uporządkowałam jeden taki zapomniany zakątek, a zaplanowałam to sobie już wczoraj. Rosną tam dwa derenie jadalne, jeżynomaliny, jabłonki, róża New Dawn ukorzeniona z patyczka oraz podlaskie dwie galliki, przywiezione niegdyś przez Zuzię i AWR. 

Podczas pracy z niedowierzaniem przyglądałam się tumanom rudego kurzu przemieszczającego się nad linią horyzontu, a kiedy dołączył się do tego ryk wozu strażackiego, to nie mogłam nie nagrać filmiku na swój kanał.

Pod wieczór dobiłam do brzegu i zasiadając do laptopa otworzyłam sobie wino czerwone wytrawne, aby stłamsić ten ogłuszający ryk wiatru, towarzyszący nam od soboty i mieszający zawartość puszki mózgowej. 

Czego efektem jest ta notka.

03 kwietnia 2026

Jak wiedzą Czytelnicy i nie tylko oni, miałam w swoim życiu emerytalnym dwuletni epizod, kiedy to jeździłam przez las do pracy i miałam co prawda więcej pieniędzy, ale mniej czasu. To dla tej pracy kupiłam moje autko i nauczyłam się nim jeździć i wszystko zapowiadało się bardzo fajnie. Wkrótce jednak się okazało, że bezsensowne jest samo założenie dawania biblioteki społeczności, która kompletnie takiej potrzeby nie odczuwa - dostali coś, z czego korzystać ani nie chcieli, ani nie umieli. 

Tak więc miałam więcej pieniędzy, ale też więcej wkurwienia i niezrozumienia dla porządków rzeczy panujących w układzie, w jakim się znalazłam. No i wyrwałam się z tego układu i obecnie celebruję pierwszy sezon, kiedy to jestem całkowicie dostępna dla ogrodu. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że jedyną beneficjentką całego układu, w jaki popadłam była i jest nadal jedna jedyna osoba, należąca do kategorii osób, na widok których przechodzę na drugą stronę ulicy i z którymi nie chcę mieć do czynienia w żadnych okolicznościach.

Mam w tym sezonie już ponad dwieście róż, dokładnie 221 w 143 odmianach, przy czym liczba egzemplarzy jest oczywiście nieprecyzyjna. Nie da się bowiem policzyć skupisk tubylczych róż francuskich czy rugosy i wtedy liczę je jako jedną. Mam też nowy warzywnik, a zarówno jedno i drugie, to pracochłonne pożeracze czasu. No ale wreszcie ten czas mam i zachwyca mnie tryb przedwiosennych prac, który w tym roku przyjęłam. No coś niesamowitego - zaczynam jakąś robotę i kończę ja, a nawet porządkuję miejsce, gdzie ją wykonywałam. 

Tnę grupę trzech róż parkowych Astrid Lindgren, które bardzo ucierpiały po zimie, a więc wymagają solidnej ingerencji z sekatorem i cięcia prawie do ziemi. I co? No muszę mieć na to ponad godzinę i ją mam! Włączam sobie audiobooka, podjeżdżam taczką z narzędziami i zaczynam. A kiedy kończę, róże są przycięte, podpory ustabilizowane, miska wokół nasady porządnie odchwaszczona, spulchniona i nawieziona, a gałęzie wywiezione na stertę do spalenia. 

Nie muszę się nagle zrywać - bo już trzeba jechać do roboty, przebierać się "do ludzi", pakować, wychodzić. I wyjeżdżać w pośpiechu, zostawiając rozgrzebaną robotę, bardzo ważną i potrzebną - zaczętą ale znów niedokończoną - a potem popadać tam w ten stan marazmu i poczucie bezsensu. A niech szlag trafi te pieniądze.