03 kwietnia 2026

Jak wiedzą Czytelnicy i nie tylko oni, miałam w swoim życiu emerytalnym dwuletni epizod, kiedy to jeździłam przez las do pracy i miałam co prawda więcej pieniędzy, ale mniej czasu. To dla tej pracy kupiłam moje autko i nauczyłam się nim jeździć i wszystko zapowiadało się bardzo fajnie. Wkrótce jednak się okazało, że bezsensowne jest samo założenie dawania biblioteki społeczności, która kompletnie takiej potrzeby nie odczuwa - dostali coś, z czego korzystać ani nie chcieli, ani nie umieli. 

Tak więc miałam więcej pieniędzy, ale też więcej wkurwienia i niezrozumienia dla porządków rzeczy panujących w układzie, w jakim się znalazłam. No i wyrwałam się z tego układu i obecnie celebruję pierwszy sezon, kiedy to jestem całkowicie dostępna dla ogrodu. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że jedyną beneficjentką całego układu, w jaki popadłam była i jest nadal jedna jedyna osoba, należąca do kategorii osób, na widok których przechodzę na drugą stronę ulicy i z którymi nie chcę mieć do czynienia w żadnych okolicznościach.

Mam w tym sezonie już ponad dwieście róż, dokładnie 221 w 143 odmianach, przy czym liczba egzemplarzy jest oczywiście nieprecyzyjna. Nie da się bowiem policzyć skupisk tubylczych róż francuskich czy rugosy i wtedy liczę je jako jedną. Mam też nowy warzywnik, a zarówno jedno i drugie, to pracochłonne pożeracze czasu. No ale wreszcie ten czas mam i zachwyca mnie tryb przedwiosennych prac, który w tym roku przyjęłam. No coś niesamowitego - zaczynam jakąś robotę i kończę ja, a nawet porządkuję miejsce, gdzie ją wykonywałam. 

Tnę grupę trzech róż parkowych Astrid Lindgren, które bardzo ucierpiały po zimie, a więc wymagają solidnej ingerencji z sekatorem i cięcia prawie do ziemi. I co? No muszę mieć na to ponad godzinę i ją mam! Włączam sobie audiobooka, podjeżdżam taczką z narzędziami i zaczynam. A kiedy kończę, róże są przycięte, podpory ustabilizowane, miska wokół nasady porządnie odchwaszczona, spulchniona i nawieziona, a gałęzie wywiezione na stertę do spalenia. 

Nie muszę się nagle zrywać - bo już trzeba jechać do roboty, przebierać się "do ludzi", pakować, wychodzić. I wyjeżdżać w pośpiechu, zostawiając rozgrzebaną robotę, bardzo ważną i potrzebną - zaczętą ale znów niedokończoną - a potem popadać tam w ten stan marazmu i poczucie bezsensu. A niech szlag trafi te pieniądze.

2 komentarze:

  1. O jak ja Ci zazdroszczę i świetnie rozumiem zarazem! Ale jestem na dobrej drodze do osiągnięcia podobnego stanu, albowiem za parę miesięcy zamykam firmę, którą ciągnęłam sama już nie wiem po co jeszcze na emeryturze już będąc. Człowiek ma czasem jakieś takie durne rozdwojenie i nie może się zdecydować, postawić kropkę. Dookoła wypielęgnowane ogródki, a ja nie mam kiedy taczki załadować, bo do pracy lecę, a i po pracy nad papierami muszę posiedzieć. Niech szlag trafi te pieniądze :).

    OdpowiedzUsuń
  2. No proszę, jest nas więcej, to oczywiste. Ciekawe, czy tylko Gosie :)
    Pozdrawiam wiosennie!

    OdpowiedzUsuń