To były bardzo dziwne święta wielkanocne, kiedy to współczynniki przyjemności i dyskomfortu rozłożyły się dziwnie proporcjonalnie, zupełnie tak, jak gdyby podlewać świeżo wysiane nasionka zbyt dużym strumieniem wody i cała ta woda spływa w jeden kąt doniczki wraz z nasionkami, a w reszcie nie zostaje nic.
Pierwszy dzień świąt był całkiem do dupy, oprócz tego może, że przygotowałam nam ładny stół śniadaniowy i odwróciłam ustawienie stołu w pokoju, wraz z dywanem, co było zaskakująco korzystną zmianą. Potem już było pozmiatane, bo nażarłam się tak, jakbym miała zaprząc się do pługa i siłą ramion (bez konia) zaorać wszystkie pola w naszym sołectwie. Orać jednak nie poszłam, za to już przez resztę dnia czułam się, jak TIR i tak aż do 19.00, więc mogłam tylko leżeć i oglądać "Grę o tron" i marzyć o tym, by wreszcie się skończyła, bo ostatni sezon miał kilka odcinków tak skonstruowanych, że z nudów muchy zdychałyby w locie, gdyby były (ale ich nie ma, bo jest zimno i piździ). Przez tę cholerną zimę weszłam w ten serial po raz drugi i wiadomo - jak już weszłam to musiałam brnąć i odłożyć na bok inne dobra kultury, co mnie wyczerpało psychicznie do granic wytrzymałości. No i przez to przeżarcie nie mogłam już nic jeść, aż do 19.00, kiedy to wreszcie zjadłam moje mazurki bezcukrowe (ale się nie cieszyłam, zwłaszcza że o takiej porze nie jadam już nigdy niczego).
Wieczorem Stary stwierdził, że skoro w tradycji drugi dzień świąt był tym dniem, kiedy to chodziło się w gości i odwiedzało innych ludzi, to on jutro zaprasza mnie do siebie (czyli na górę) na śniadanie.
No i faktycznie zrobił i zaniósł na górę całe śniadanie i w trakcie tylko raz zapytał "gdzie my mamy sól", bo trzeba było dosypać do solniczki. No ale nakrył ładnie stół i wszystko co trzeba na nim było, i była nawet ta napełniona solniczka, bo dla mnie wszystko jest zawsze niedosolone i już koleżanki w akademiku "Nawojka" straszyły mnie, że od tej soli umrę na nerki, a tymczasem ja żyję i nie umieram.
Tak więc drugi dzień świąt zaczęłam tym miłym proszonym śniadaniem, a potem pojechałam do schroniska, gdzie była zaplanowana akcja sprzątania naszych tras spacerowych. Poszłam z D. i M. piękną trasą przez las, gdzie wielkie drzewa osłaniały nas i dzięki temu wicher nie urwał nam łbów. Dostałam od nich w prezencie taki składany wichajster z chwytakiem do podnoszenia śmieci z ziemi i przyznam, że super się tego używało i wcale nie trzeba się było schylać. Nazbieraliśmy masę śmieci (segregowanych od razu do kolorowych worków) i upewniłam się tylko, że w tej dziedzinie działalności, jaką jest produkcja i rozrzucanie po świecie wszelkiego syfu, człowiek jest nieprawdopodobnie produktywną istotą.
Po powrocie do domu pracowałam jeszcze w ogrodzie w dwóch turach - przedobiednio i poobiednio. Wyczyściłam i uporządkowałam jeden taki zapomniany zakątek, a zaplanowałam to sobie już wczoraj. Rosną tam dwa derenie jadalne, jeżynomaliny, jabłonki, róża New Dawn ukorzeniona z patyczka oraz podlaskie dwie galliki, przywiezione niegdyś przez Zuzię i AWR.
Podczas pracy z niedowierzaniem przyglądałam się tumanom rudego kurzu przemieszczającego się nad linią horyzontu, a kiedy dołączył się do tego ryk wozu strażackiego, to nie mogłam nie nagrać filmiku na swój kanał.
Pod wieczór dobiłam do brzegu i zasiadając do laptopa otworzyłam sobie wino czerwone wytrawne, aby stłamsić ten ogłuszający ryk wiatru, towarzyszący nam od soboty i mieszający zawartość puszki mózgowej.
Czego efektem jest ta notka.


Czyż może być ciekawszy pomysl jak zaproszenie przez własnego męża na swisteczne śniadanie 😊😘😘
OdpowiedzUsuń