Wczoraj był dzień mojej przezajebistości, dzień tak zagęszczony i naładowany różnymi rzeczami, jak mi się rzadko zdarza w moim spokojnym życiu emerytki.
Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojadę rano do mojej przychodni na pobranie krwi na badania, przy okazji wskoczę na parę minut do pobliskiego miejsca dawnej pracy (w celach papierkowych), a potem wrócę do domu, zjem śniadanie i jadę do Lokisa. I to by mi już wystarczyło, zważywszy, jak skomplikowana jest logistyka moich miejskich wypraw. Do miasta wjeżdżam bowiem tylko kawałeczek i tam parkuję w małym centrum handlowym, a dalej przemieszczam się komunikacją miejską, tym razem z siuśkami do badania w torebce.
Jednak w czwartkowe popołudnie dostałam wiadomość, że w centrum miasta czeka na mnie do odbioru miejscówka na koncert, o którym marzyłam, a na który biletów już nie dostałam, bo za późno się zorientowałam. Osoba, która dysponowała wejściówką, wybierała się na ten koncert, ale w ostatniej chwili musiała zrezygnować i to ja na tym skorzystałam.
Tak więc po badaniu i papierkowaniu oraz uściskach z kilkoma osobami, które spotkałam na szkolnych korytarzach, zjechałam do centrum miasta i tam odebrałam swoją wejścióweczkę w eleganckim sekretariacie. Potem już mogłam dotrzeć na parking i po zrobieniu szybkich zakupów wyruszyć do domu na śniadanie. Zjadłam, dokonałam niezbędnych obrządków, czyli otworzyłam foliak i powynosiłam na werandowanie skrzynki z rozsadą pomidorów i natychmiast wyjechałam do schroniska.
Na poranne badania wyruszyłam równo o 8:00, a już o 11.45 zasuwałam z Lokisem do lasu. Lokis, mój trzeci pies zaoczny, mieszka od paru dni na kwarantannie, bo ma wreszcie włączony plan odchudzania. Dostaje odmierzaną dawkę karmy dla grubasów i siedzi teraz w jednoosobowej schroniskowej celi, dzięki czemu nie ma kogo obżerać. Dla mnie to wygoda, bo mogę sama go wziąć na spacer i nie muszę szukać drugiej osoby, która weźmie też z boksu jego towarzysza.
Znalazłam niedawno superancko piękne miejsce w lesie i tam z nim chodzę na samotne miłe spacery, które są zawsze czasem spokoju i spowolnienia. Oprócz tego łażenia i bardzo pracowitego węszenia, Lokis potrzebuje wciąż nauki kontaktu z dotykiem ludzkiej ręki i spokojnym głosem człowieka, a także oparcia i dodania pewności w chwilach przestrachu i zaskoczenia nieznanymi dźwiękami i widokami. Mamy tam stare drzewa, świetliste polanki, wielki wąwóz i strumyk, jest tam też coś w rodzaju jeziorka, otoczonego podmokłym terenem, a to już jest dla niego największa frajda i przyjemność.
Mamusiu - powiedział Młody, któremu opowiedziałam to wszystko przez telefon - jest coś takiego, jak choroba afektywna dwubiegunowa, która charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji, a ja mam wrażenie, że u ciebie występuje tylko ten pierwszy rodzaj.
Ale mu zaraz wytłumaczyłam, że objawy depresji to ja mam codziennie od 18.00, kiedy to zalegam na sofie z robótką lub nawet bez niej, bo nie mam siły wziąć drutów do ręki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz