25 kwietnia 2026

Wczoraj był dzień mojej przezajebistości, dzień tak zagęszczony i naładowany różnymi rzeczami, jak mi się rzadko zdarza w moim spokojnym życiu emerytki.

Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojadę rano do mojej przychodni na pobranie krwi na badania, przy okazji wskoczę na parę minut do pobliskiego miejsca dawnej pracy (w celach papierkowych), a potem wrócę do domu, zjem śniadanie i jadę do Lokisa. I to by mi już wystarczyło, zważywszy, jak skomplikowana jest logistyka moich miejskich wypraw. Do miasta wjeżdżam bowiem tylko kawałeczek i tam parkuję w małym centrum handlowym, a dalej przemieszczam się komunikacją miejską, tym razem z siuśkami do badania w torebce.

Jednak w czwartkowe popołudnie dostałam wiadomość, że w centrum miasta czeka na mnie do odbioru miejscówka na koncert, o którym marzyłam, a na który biletów już nie dostałam, bo za późno się zorientowałam. Osoba, która dysponowała wejściówką, wybierała się na ten koncert, ale w ostatniej chwili musiała zrezygnować i to ja na tym skorzystałam. 

Tak więc po badaniu i papierkowaniu oraz uściskach z kilkoma osobami, które spotkałam na szkolnych korytarzach, zjechałam do centrum miasta i tam odebrałam swoją wejścióweczkę w eleganckim sekretariacie. Potem już mogłam dotrzeć na parking i po zrobieniu szybkich zakupów wyruszyć do domu na śniadanie. Zjadłam, dokonałam niezbędnych obrządków, czyli otworzyłam foliak i powynosiłam na werandowanie skrzynki z rozsadą pomidorów i natychmiast wyjechałam do schroniska. 

Na poranne badania wyruszyłam równo o 8:00, a już o 11.45 zasuwałam z Lokisem do lasu. Lokis, mój trzeci pies zaoczny, mieszka od paru dni na kwarantannie, bo ma wreszcie włączony plan odchudzania. Dostaje odmierzaną dawkę karmy dla grubasów i siedzi teraz w jednoosobowej schroniskowej celi, dzięki czemu nie ma kogo obżerać. Dla mnie to wygoda, bo mogę sama go wziąć na spacer i nie muszę szukać drugiej osoby, która weźmie też z boksu jego towarzysza.

Znalazłam niedawno superancko piękne miejsce w lesie i tam z nim chodzę na samotne miłe spacery, które są zawsze czasem spokoju i spowolnienia. Oprócz tego łażenia i bardzo pracowitego węszenia, Lokis potrzebuje wciąż nauki kontaktu z dotykiem ludzkiej ręki i spokojnym głosem człowieka, a także oparcia i dodania pewności w chwilach przestrachu i zaskoczenia nieznanymi dźwiękami i widokami. Mamy tam stare drzewa, świetliste polanki, wielki wąwóz i strumyk, jest tam też coś w rodzaju jeziorka, otoczonego podmokłym terenem, a to już jest dla niego największa frajda i przyjemność.

Lokis uwielbia bowiem wodę i kiedy ją tylko poczuje, to muszę mieć się na baczności i wdrażać intensywne hamowanie butami, żeby się nie skąpać razem z nim. Aż miło patrzeć, ile on z tego czerpie radości! Brodzi, człapie w wodzie, kładzie się w niej z lubością i chętnie posiedziałby tam chyba z godzinę. No a potem i ja jestem już ubłocona, nie da się inaczej. Ostatnio po spacerach idę z nim jeszcze do nowego psiego parku przy schronisku, gdzie jest czas na swobodne chodzenie bez smyczy. Ostatnio (i wczoraj znów!) zaczął się bawić, chwytając rzucony sznur do przeciągania. Podrzucał go sobie i chwytał znów, skakał, warczał, podbiegał - aż miło było patrzeć. I wyraźnie widać, że zabawa to nie jest coś, z czym miałby on do czynienia w swoim przedschroniskowym życiu.


Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad i natychmiast się położyłam, bo wiedziałam, że mam na ten relaks tylko niespełna pół godzinki, miała bowiem do mnie przyjść na kawkę sąsiadka ze wsi, z którą kiedyś często się spotykałyśmy, a teraz już z rzadka i dawno jej nie widziałam. Wygoniłam ją równo o 17:00 bo musiałam przecież wykonać kolejną w ciągu tego dnia zmianę wcielenia na miastowe wieczorowe, tym bardziej, że jeszcze niedawno wyglądałam tak:
Już się nie będę dłużej rozpisywać, w każdym razie wieczorny koncert był cudowny, ale o tym napiszę pewnie w kolejnej notce.

Mamusiu -  powiedział Młody, któremu opowiedziałam to wszystko przez telefon - jest coś takiego, jak choroba afektywna dwubiegunowa, która charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji, a ja mam wrażenie, że u ciebie występuje tylko ten pierwszy rodzaj. 

Ale mu zaraz wytłumaczyłam, że objawy depresji to ja mam codziennie od 18.00, kiedy to zalegam na sofie z robótką lub nawet bez niej, bo nie mam siły wziąć drutów do ręki.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz