30 stycznia 2026

Styczeń praktycznie już za nami, choć ciągnął się strasznie, co sprawiła ta zima - zbyt zimna i zbyt długa, kiedy się mieszka na wsi, w ogrodzie i wśród pól. Co gorsza, również w lutym prognozy pogody nie dają złudzeń i mamy teraz mieć dwucyfrowe mrozy przez pięć kolejnych dni, co oznacza dalszą niedostępność otaczającej przestrzeni. Żeby nie zwariować, zaczęłam zaglądać do szkółek różanych, tak niby od niechcenia, ale muszę przecież coś kupić, muszęmuszęmuszę.

Dziś więc będzie o różach.

W tym zimnym styczniu pojawiła się na fb grupa wielbicieli róż Łukasza Rojewskiego, o nazwie "Róże Łukaszowe", do której dostałam zaproszenie od samego Mistrza, bowiem miałam z nim dotychczas różne różane interakcje i pojedyncze kontakty. Grupa jest nowiutka, aktywna i żywiołowa, więc jest też świetnym źródłem wiedzy o odmianach tego naszego skarbu narodowego, jakim jest Łukasz Rojewski. A jest to naprawdę ewenement, bo przecież nie było wcześniej na naszym rynku praktycznie żadnych hodowców róż poza Stanisławem Żyłą i jego kilkunastoma odmianami, zresztą mało znanymi (no, może poza Chopinem).

Łukasz Rojewski pracuje nad swoimi odmianami od ponad dwudziestu lat, a dopiero od kilku zaczęły się one ukazywać w sprzedaży. Selekcja jednej odmiany, która ostatecznie trafia na rynek, to żmudny proces obserwacji i testów, trwający średnio 8-10 lat, więc najpierw jest długo długo nic, ale teraz jest wysyp! Na razie mamy ochrzczonych ponad 70 odmian, ale kolejne wciąż się pojawiają, a hodowca jest bardzo twórczy. W tych jego różach, prawdę mówiąc, zachwyciły mnie po pierwsze NAZWY, które świadczą o niesłychanie ciekawej osobowości Łukasza i jego poczuciu humoru. Wiele z nich pochodzi ze świata fantastyki, w której to dziedzinie nie jestem żadną specjalistką, ale moja rodzina owszem. Co do samych róż, to cechują się one ponadprzeciętną mrozoodpornością i zdrowotnością (w tym seria Heavy Beauty Roses), a co do samych kwiatów, to jest tu mnóstwo tego, co lubię: na przykład otwarte kwiaty z widocznymi pręcikami i eksperymenty w kierunku zieleni płatków.

Mam na razie 22 jego odmiany, a pierwsze kupiłam wiosną 2024. Potem dochodziły kolejne, ale na razie wszystkie są jeszcze młódkami, jeśli się uwzględni fakt, że krzewy różane młodsze niż trzyletnie, to wciąż "dzieci" i nadal nie w pełni pokazują swój charakter i pełnię cech odmianowych. Sprawia to, że ciągle są po części niespodzianką i dostarczają emocji i zaskoczeń. 

Z czasem do trzech pierwszych róż dołączyły kolejne i oto pełna lista wygląda tak: 

wiosna 2024:  WinterfellWspomnienie lata, Dzika Północ

jesień 2024:  Ars Amandi, Butter&Eggs, Matka Smoków, Wspomnienie lata, Zorza, Iwona, Tadeusz Kościuszko, Yennefer, Hermiona (Miss Granger), Czesław Miłosz, Cukrowa wata (Barbapapa), Gandalf Biały

wiosna 2025: Aragorn, Pegasus (Winter is coming), Grażka, Zapach podstawówki

jesień 2025: Leniwe owieczki, Tańczące rusałki, Zazdrość sąsiadki

Na fotkach kolejno: Gandalf Biały, Winterfell, Czesław Miłosz, Cukrowa wata, Aragorn

Uwaga! Pełna lista, to nie znaczy, że zamknięta!

22 stycznia 2026

Twarda zmarzlina uniemożliwia chodzenie. Przy każdym kroku but zapada się z trzaskiem w zlodowaciałym śniegu, a następnie, przed zrobieniem kolejnego kroku, trzeba go stamtąd wyszarpnąć i tak właśnie wyglądała moja niedawna próba podjęcia spaceru wzdłuż naszych brzózek. No... męka, nie spacer. Gucio, lekki piesek trzynastokilogramowy, nie zapadał się, tylko pomykał sobie po wierzchu tej zmarzniętej śnieżno-lodowej pokrywy, więc trochę pobiegał i powęszył po działkach Zuzi i naszych bachorów, bo dalej nie dotarłam. Nuki nie ośmieliłam się zabrać, w obawie o dalsze uszkodzenia, gdyż w minioną sobotę wyłamała sobie pazur w tylnej łapie, chodząc po ogrodzie. Podkrwawiała potem z łapki całą niedzielę, a w poniedziałek rano pan doktor wyrwał jej ten pazur już do reszty. No i teraz się goimy.

Praktycznie więc nie mam dostępu ani do ogrodu, ani na pola, bo w ogrodzie jest podobnie, poza niezbędnymi arteriami komunikacyjnymi. Co odśnieżyliśmy, gdy śnieg był świeży, to mamy odśnieżone - na przykład dwie z pięciu furtek wyjściowych. Reszta - umarł w butach! W prognozach pogody widać litościwe cokolwiek na plusie (czyli JEDEN) dopiero w pierwszych dniach lutego.  Ach, jak ja tęsknię za błotem! Błoto daje wolność, umożliwia tyle działań, a teraz - to jakbym miała ręce związane, a i nogi chyba też. Nasze frontowe podwórko - miejsce najbardziej dostępne, bo na tyle, żeby samochody mogły wjechać i wyjechać.

 

Więc, uwięziona i unieruchomiona, siedzę w domu i słucham, jak Stary skrobie na górze, bo wreszcie przyszedł czas na wykończenie tego pięknego strychowego pokoju.

Na dole kurzu mam wszędzie grubo na palec i nasze dzieci, gdyby teraz przyjechały, to udusiłyby się pewnie w progu. Powinnam to posprzątać, ale wiem, że Stary z góry nakurzy od nowa, to mi się nie chce. Chętnie zresztą zaczęłabym to sprzątanie od otwarcia wszystkich drzwi i okien na godzinę, ale przy dwunastu stopniach na minusie jest to średnio wykonalne.

Muszę się pochwalić, że od czasu, gdy się zwolniłam z tej mojej pracy półetatowej pożalsięboże, to każdego miesiąca udaje mi się coś dorobić do emerytury i to na dodatek w sposób, który daje mi wiele przyjemności. Głównie mowa tu o sprzedaży drobnych dzianin lub moich wyrobów kosmetycznych. W styczniu mam już zamówienia na 7 kremów (od trzech klientek) i tym razem pojadą one w różne strony Polski. No a przede wszystkim raz w tygodniu (w formie dość luźnej, ale odpłatnej współpracy z lokalnym ośrodkiem kultury) kontynuuję swoje spotkania robótkowe.

18 stycznia 2026

Zamroziło i przykryło białym gównem to wszystko co tu kocham - chwasty, błoto, trawska, a więc całe siedlisko roślin potrzebnych i niepotrzebnych czyli ogród, czyli życie.

Żeby przetrwać, włamałam się znów do excelowego dokumentu, w którym prowadzę ewidencję szaty roślinnej naszego ogrodu i z zachwytem odkryłam, że muszę pouzupełniać róże, bo tym nowym, z zeszłorocznych zakupów, wpisałam tylko nazwy, a potem już nie było czasu i pamięci. No i zaczęłam uzupełniać, co mi daje wiele radości i ciekawe zajęcie. I okazało się przy tym, że za nic w świecie sobie nie mogę przypomnieć, gdzie przesadziłam jedną różę sprzed ganku, no - czarna dziura w głowie. Sprawdzić nie ma jak, wszystko przysypane, a pod spodem nie wiadomo co i nie wiadomo gdzie. No ale  w końcu przyszło i to w trybie Pomysłowego Dobromira - ping! i jest. Przypomniało mi się, że chyba jak kopałam dla tej róży dół, to Nuka leżała koło szpadla i nadzorowała robotę i od razu wiedziałam, które to miejsce i nawet zaraz znalazłam fotki.

Z zajęć przyjemnych - dziergam wełnianą cienką chustę w technice entrelac, która jest mi znana od 2016 roku, ale tym razem konstrukcja jest z kwadratów i prostokątów, więc trochę bardziej angażująca zwoje mózgowe. I wymyśliłam sobie, że wstawię ją na aukcję charytatywną na Allegro, żeby się licytowała, ale nie wiem, czy sobie poradzę, bo dotychczas niczego na Allegro nie sprzedawałam, a wciąż tylko kupuję.

Kolejne zajęcie przyjemne to podglądanie z kamery kopytkowych tuż przed wieczornym zaśnięciem i nawet mi się udało jednego przyłapać i włączyć kamerę - takie małe cieląteczko!

Początki zimy i tego strasznego zaśnieżenia kopytkowe spędziły w lesie, ale chyba już tam wszystko zeżarły, bo znów łażą po wsi. Przychodzą na nasz bluszcz, jak każdego roku i zżerają wszystko co wystaje ponad śnieg, do wysokości jakiej są w stanie dosięgnąć. Tak wygląda before i after.


Bluszcz bluszczem, ale postanowiłam im też kupować jabłka i marchewkę i rozkładać wieczorem, to mi się poprawi szansa na jakiś film pełnometrażowy, czy nawet miniserial w sześciu odcinkach. 

Kiedy miewaliśmy w dawnych latach nadmiary jabłek, to jesienią wynosiłam spady za ten płotek i one nocami przychodziły to zjadać. Teraz swoich jabłek nie mamy zbyt wiele, ale przecież można kupić, to kupuję. Wieczorem rozkładam - rano NIMA, a ja bez sensu śpię, zamiast pilnować i włączyć nagrywanie. Została więc kupiona karta pamięci i trzeba będzie zrobić tak, żeby się samo nagrywało i żeby można było spać bez wyrzutów sumienia. 

15 stycznia 2026

Wczoraj pozbierałam świąteczne dekoracje, których w styczniu już wręcz nie cierpię i to w takim stopniu, że jak mam je rozkładać w grudniu, to już myślę o tym, jak mnie będą w styczniu wkurwiały.

Jak dożyję, to za rok wszystkie bożonarodzeniowe dekoracje rozkładam 5 grudnia i zwijam 7 stycznia! Miałam takie postanowienie już rok temu, ale nie wyszło i właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nic nie stało na przeszkodzie. Zgnuśnienie jakieś.

Teraz kolejny krok w moim kalendarzu rocznym, czyli idę dziś z sekatorem do ogrodu po gałęzie forsycji i ponastawiam ich sobie w wazonach. Już jestem duża i wiem, że wiosny to jeszcze nadal z tego nie będzie, no ale zawsze się łudzę, że w jakimś stopniu jednak zadziała. I sprawdzam co roku! Podobno, jeśli coś nie działa, ale wciąż się to robi w ten sam sposób w nadziei, że może tym razem jednak się uda, to jest się idiotą. No cóż, biorę ten ciężar na barki.

Nie pisałam tu jeszcze, ale 5 stycznia podpisaliśmy papiery adopcyjne Nuki i jest już nasza na stałe, ale jakoś to było mało podniecające, bo wiedzieliśmy o tym już 10 października, kiedy pierwszy raz przywieźliśmy ją do domu. W aspekcie praktycznym skutkuje to właściwie tylko tym, że przestaliśmy obżerać inne schroniskowe psy z tabletek wspomagających działanie stawów, które dostawaliśmy od nich przez ten czas co dwa tygodnie, na kolejne dwa tygodnie. Teraz Nuka dojada tabletki, które zostały nam po Burusiu i już sami o to będziemy dbać, ale moim zdaniem, to najbardziej o jej stawy zadbała radykalna zmiana trybu życia i to że wreszcie chodzi, biega i ma dużo ruchu, właściwie bez żadnych ograniczeń. Widać, jak bardzo to lubi i jak chętnie korzysta - ZAWSZE jest chętna na wyjście do ogrodu, każde otwarcie drzwi to dla niej frajda, podczas gdy Gucio, jeśli pada lub jest bardzo zimno, to... niekoniecznie. 

Nasza nowa kamerka całkiem fajnie działa - obserwujemy sobie pieski i odśnieżarkę gminną, ale kopytkowe jeszcze nam się nie trafiły. Aplikację mają również nasze dzieci i podglądają czasem, jaka tam u nas pora dnia i roku. Oprócz pstryknięcia fotki i nagrania filmiku jest tu też opcja włączenia alarmu dźwiękowego, kiedy kamera wykryje ruch; dodam, że kiedy alert dotyczy Nuki, to komunikat brzmi: "wykryto osobę". Mogę też, leżąc w łóżku, powiedzieć do telefonu: "pieski, do domu" i one to słyszą, kiedy siedzą tam sobie i stróżują, wycelowane w kierunku szosy, a ja widzę, jak natychmiast robią w tył zwrot i biegną w kierunku tylnych drzwi. 

Chyba już tu pisałam, że od roku już zajmuję się bieżącą aktualizacją strony internetowej słupskiego schroniska, ale była to dotychczas tylko część dotycząca psów. Od paru tygodni podjęłam się także prowadzenia zakładek o kotach, bo nie bardzo miał się kto tym zająć, choć pewne próby były podejmowane. Każdy opis dodaję na stronę dopiero wtedy, jak schronisko opublikuje go na swoim fb, a ich opis i fotki są dla mnie bazą wyjściową. Korzystam jednak także z innych źródeł, a najcenniejszym są obserwacje wolontariuszy, którzy z poszczególnymi psami na co dzień mają kontakt. Wszystkie opisy psów i kotów wychodzą więc z mojej klawiatury, ale oczywiście sama ich nie tworzę, tylko tropię, węszę, wyszukuję i na koniec redaguję opis, a potem przeredagowuję w razie potrzeby. Stare opisy trzeba ciągle aktualizować, bo przecież zmienia się stan zdrowia zwierząt, ich nastawienie do świata i umiejętności. To jest bardzo dużo pracy, ale takiej, którą lubię, choć trzeba być czujnym i nie ma prawie dnia, bym nie zajmowała się tą stroną, a często jest to i kilka godzin dziennie.

11 stycznia 2026

Nie chcę już więcej tego śniegu! Po tygodniu spokoju, kiedy to ustabilizowaliśmy sobie jako tako naszą codzienną komunikację pomiędzy śnieżnymi wydmami i pagórkami - zaczęło znów! Sypie i sypie, a do tego jeszcze wieje i minuta po minucie odcina mnie od życia. Od początku stycznia wyjście z ogrodu jest dostępne tylko przez jedną z pięciu furtek, a doraźnie jeszcze przez drugą, śmietnikową. Przestaliśmy zupełnie  chodzić na pola z psami, no a chodzenie po ogrodzie też jest dostępne w bardzo ograniczonym zakresie, bo tylko niezbędnymi odśnieżonymi przejściami/przejazdami, które tworzą placyki oraz koryta i wąwozy.


Poza tym wszędzie sceneria, jak w "Panu Wołodyjowskim", kiedy to Baśka uciekała przed Azją Tuhajbejowiczem przez zaśnieżone stepy. Na tych naszych śnieżnych połaciach duża suka jeszcze poszaleje, zresztą widać że naprawdę lubi śnieg, ale mały piesek zapada się razem z paszkami, choć przecież wcale nie jest taki mały.

Jeśli chodzi o potrzeby psów, to w normalnych warunkach dostępności terenu, mają w półhektarowym ogrodzie gdzie uprawiać ruch, węszenie, obserwacje i urozmaicone aktywności. Są tu przecież otwarte przestrzenie, ścieżki, dróżki, zakamarki, chaszcze i zarośla a nawet kawałek lasu. Są też super dla nich atrakcyjne miejsca przy śmietnikach i kompostownikach, a także intrygujący domek ogrodnika i foliak, gdzie przecież jak tylko otworzę, to od razu muszą zajrzeć i SPRAWDZIĆ.

No ale ja? Jak ja mam w takich warunkach realizować kroki i codzienną aktywność fizyczną zalecaną staruszce? A w dodatku jak pomyślę, że to białe gówno będzie pewnie teraz miejscami leżało tu do marca i dłużej, to mam ochotę się zastrzelić. Oczywiście ogród się napije i będzie wdzięczny i to mnie bardzo cieszy, róże są bezpiecznie przykryte, a naszuflowałam też sobie śniegu do foliaka i to też jest wielki pożytek na przyszłość. Tak więc przyszłość bilansuje mi się tu w plusach i minusach, natomiast teraźniejszość jest całkiem do dupy, bo tylko to, że jest biało i pięknie, to dla mnie za mało. Białego koloru nie cierpię prawie tak jak niebieskiego i staram się nie używać, a tu nagle taka inwazja! A co do tego, że jest pięknie, to przecież ja to mam bez śniegu - dorobiłam się tu takiego stanu, że nie muszę niczego przykrywać śniegiem. No, prawie niczego.

Zostawiłam sobie na czas mrozów pewną robotę przy cięciu jednej z leszczyn, którą postanowiliśmy całkiem usunąć i produkcji słupków, które mi są potrzebne dla uzupełnienie "pleców" starej różanki. Myślałam, że to będzie dobry pomysł na czas, gdy ziemia będzie zamarznięta. No ale w tej sytuacji to mi już zostało tylko odśnieżanie.

Jeśli 7 stycznia moje skrzynie warzywne wyglądały już tak, to teraz chyba znikną zupełnie.

04 stycznia 2026

W Sylwestra zaczęła się u nas zima i nie odpuszcza. Codziennie pada śnieg i to dużo, a temperatury są ujemne, ale nie za dużo. Tak więc zażywamy sportów zimowych w postaci odśnieżania i odmiatania sobie drogi na świat: wyjścia z domu i wyjścia z podwórka oraz wyjazdu na drogę powiatową. Wczoraj po południu wjechała wreszcie w naszą drogę odśnieżarka, nie obyło się jednak bez wcześniejszej interwencji. No ale teraz z rana trzeba będzie iść i po tej odśnieżarce odkopać bramę i furtkę.

Skoro mowa o śniegu i mrozie, to muszę się pochwalić, że u progu nowego roku (a właściwie jeszcze nawet u schyłku starego) zrewolucjonizowałam swoje podejście do zasobów żywnościowych w zamrażarkach.

Od lat mam dwie zamrażarki: jedną trzyszufladową w kuchennej lodówce i drugą, w ganku - wysoką na dwa metry, z szuflad i półek. Mrożę przede wszystkim owoce sezonowe - głównie owoce jagodowe, czyli te, które mogę jeść - i to nie tylko swoje, również te, które kupuję latem tu w okolicy. Są to więc truskawki i borówki, jagody leśne, porzeczki czarne i czerwone, maliny, czereśnie i wiśnie, a jeśli mam, to jeżyny. Dojrzewają one w swoim naturalnym sezonie i w miejscu, gdzie mieszkam, nie wymagają więc transportu dookoła świata i żadnych podejrzanych zabezpieczeń na czas tego transportu. Wszystko to trafia w punkt mojej filozofii żywieniowej, którą sobie tu od lat stosuję i ma dla mnie znaczenie także ze względu na ślad węglowy.

Mrożę też grzyby, warzywa ze swoich grządek, pieczywo swoje i Starego, a także czasem nadmiary półproduktów i gotowych dań własnej bieżącej produkcji.

Tej jesieni przegięłam już pałę pod względem ilości tych wszystkich mrożonek i zaczęłam się rozglądać za drugą zamrażarką do sieni, ale taką trochę niższą, żeby można było wykorzystywać jej "dach" jako podręczny stolik czy półkę. Zwierzyłam się sąsiadce z tych poszukiwań, a ona ni stąd ni zowąd zapytała, czy przypadkiem nie myślałam, żeby zacząć jeść to wszystko, co zamrażam. 

No i tu rzeczywiście poczułam wiatr w żaglach, tym bardziej, że kiedy Stary przed świętami kupił bułki, żeby je sobie zamrozić, to musiałam go poinformować, że w związku z dokwaterowaniem do zamrażarek ryb okołoświątecznych oraz pasztetów upieczonych i surowych - żadne bułki (a nawet pojedyncza bułka) nie mogą już być zamrożone, bo nigdzie nie uda się ich wepchnąć. No i tak od paru tygodni wyżeramy i wyżeramy, dzięki czemu mogłam nawet ostatnio kupić jakiś kawałek mięsa i zamrozić, a nawet byłoby już gdzie zamrozić nowe ryby.

A na koniec napiszę jeszcze, jak wygląda moje mrożenie i potem jedzenie tych owoców. Nie przetwarzam ich zupełnie i nie dodaję do nich żadnych dodatków. Są to albo czyste surowe owoce luzem w większych pojemnikach albo w małych - rozgniecione tylko widelcem, dla oszczędności miejsca, żeby nie mrozić powietrza. Zjadam je potem przez całą zimę, prawie zawsze wymieszane z mascarpone, żeby obecność tłuszczu obniżyła mi trochę ich indeks glikemiczny, a poza tym mascarpone ma słodki smak w stopniu, który mi zupełnie wystarcza do szczęścia. Jako dodatki stosuję czasem (pojedynczo lub rozdzielnie) postruganą nożem gorzką czekoladę 80%, jogurt grecki i orzechy w różnych postaciach i ilościach i to zarówno całe, jak i zmielone lub płatki np. migdałowe. Zależnie od rodzaju i ilości tych dodatków mam albo solidne lody, albo bardziej treściwą mieszankę, ale nigdy nie jadam tego jako deseru, tylko zawsze jako oddzielny posiłek, bo jest to jedzonko kaloryczne i sycące. No i nigdy nie rozmrażam tych owoców do końca, bo od zawsze uwielbiam zamarznięte jedzenie. Już w czasie studiów w Krakowie w latach 1980-83 lubowałam się w kupowaniu mrożonych truskawek w jedynym znanym mi wtedy sklepie z mrożonkami po prawej stronie przy wlocie z Rynku Głównego na Floriańską i zjadałam je (również zimą) prosto z worka, zanim doszłam Szewską na tramwaj przy Bagateli. Zresztą - miało to sens tylko zimą, latem przecież by mi się pod drodze rozmroziły! No i latem się nie studiowało.