Twarda zmarzlina uniemożliwia chodzenie. Przy każdym kroku but zapada się z trzaskiem w zlodowaciałym śniegu, a następnie, przed zrobieniem kolejnego kroku, trzeba go stamtąd wyszarpnąć i tak właśnie wyglądała moja niedawna próba podjęcia spaceru wzdłuż naszych brzózek. No... męka, nie spacer. Gucio, lekki piesek trzynastokilogramowy, nie zapadał się, tylko pomykał sobie po wierzchu tej zmarzniętej śnieżno-lodowej pokrywy, więc trochę pobiegał i powęszył po działkach Zuzi i naszych bachorów, bo dalej nie dotarłam. Nuki nie ośmieliłam się zabrać, w obawie o dalsze uszkodzenia, gdyż w minioną sobotę wyłamała sobie pazur w tylnej łapie, chodząc po ogrodzie. Podkrwawiała potem z łapki całą niedzielę, a w poniedziałek rano pan doktor wyrwał jej ten pazur już do reszty. No i teraz się goimy.
Praktycznie więc nie mam dostępu ani do ogrodu, ani na pola, bo w ogrodzie jest podobnie, poza niezbędnymi arteriami komunikacyjnymi. Co odśnieżyliśmy, gdy śnieg był świeży, to mamy odśnieżone - na przykład dwie z pięciu furtek wyjściowych. Reszta - umarł w butach! W prognozach pogody widać litościwe cokolwiek na plusie (czyli JEDEN) dopiero w pierwszych dniach lutego. Ach, jak ja tęsknię za błotem! Błoto daje wolność, umożliwia tyle działań, a teraz - to jakbym miała ręce związane, a i nogi chyba też. Nasze frontowe podwórko - miejsce najbardziej dostępne, bo na tyle, żeby samochody mogły wjechać i wyjechać.
Więc, uwięziona i unieruchomiona, siedzę w domu i słucham, jak Stary skrobie na górze, bo wreszcie przyszedł czas na wykończenie tego pięknego strychowego pokoju.
Na dole kurzu mam wszędzie grubo na palec i nasze dzieci, gdyby teraz przyjechały, to udusiłyby się pewnie w progu. Powinnam to posprzątać, ale wiem, że Stary z góry nakurzy od nowa, to mi się nie chce. Chętnie zresztą zaczęłabym to sprzątanie od otwarcia wszystkich drzwi i okien na godzinę, ale przy dwunastu stopniach na minusie jest to średnio wykonalne.
Muszę się pochwalić, że od czasu, gdy się zwolniłam z tej mojej pracy półetatowej pożalsięboże, to każdego miesiąca udaje mi się coś dorobić do emerytury i to na dodatek w sposób, który daje mi wiele przyjemności. Głównie mowa tu o sprzedaży drobnych dzianin lub moich wyrobów kosmetycznych. W styczniu mam już zamówienia na 7 kremów (od trzech klientek) i tym razem pojadą one w różne strony Polski. No a przede wszystkim raz w tygodniu (w formie dość luźnej, ale odpłatnej współpracy z lokalnym ośrodkiem kultury) kontynuuję swoje spotkania robótkowe.
Pięknie coraz piękniej.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo!
OdpowiedzUsuń