Nie chcę już więcej tego śniegu! Po tygodniu spokoju, kiedy to ustabilizowaliśmy sobie jako tako naszą codzienną komunikację pomiędzy śnieżnymi wydmami i pagórkami - zaczęło znów! Sypie i sypie, a do tego jeszcze wieje i minuta po minucie odcina mnie od życia. Od początku stycznia wyjście z ogrodu jest dostępne tylko przez jedną z pięciu furtek, a doraźnie jeszcze przez drugą, śmietnikową. Przestaliśmy zupełnie chodzić na pola z psami, no a chodzenie po ogrodzie też jest dostępne w bardzo ograniczonym zakresie, bo tylko niezbędnymi odśnieżonymi przejściami/przejazdami, które tworzą placyki oraz koryta i wąwozy.
Poza tym wszędzie sceneria, jak w "Panu Wołodyjowskim", kiedy to Baśka uciekała przed Azją Tuhajbejowiczem przez zaśnieżone stepy. Na tych naszych śnieżnych połaciach duża suka jeszcze poszaleje, zresztą widać że naprawdę lubi śnieg, ale mały piesek zapada się razem z paszkami, choć przecież wcale nie jest taki mały.
Jeśli chodzi o potrzeby psów, to w normalnych warunkach dostępności terenu, mają w półhektarowym ogrodzie gdzie uprawiać ruch, węszenie, obserwacje i urozmaicone aktywności. Są tu przecież otwarte przestrzenie, ścieżki, dróżki, zakamarki, chaszcze i zarośla a nawet kawałek lasu. Są też super dla nich atrakcyjne miejsca przy śmietnikach i kompostownikach, a także intrygujący domek ogrodnika i foliak, gdzie przecież jak tylko otworzę, to od razu muszą zajrzeć i SPRAWDZIĆ.
No ale ja? Jak ja mam w takich warunkach realizować kroki i codzienną aktywność fizyczną zalecaną staruszce? A w dodatku jak pomyślę, że to białe gówno będzie pewnie teraz miejscami leżało tu do marca i dłużej, to mam ochotę się zastrzelić. Oczywiście ogród się napije i będzie wdzięczny i to mnie bardzo cieszy, róże są bezpiecznie przykryte, a naszuflowałam też sobie śniegu do foliaka i to też jest wielki pożytek na przyszłość. Tak więc przyszłość bilansuje mi się tu w plusach i minusach, natomiast teraźniejszość jest całkiem do dupy, bo tylko to, że jest biało i pięknie, to dla mnie za mało. Białego koloru nie cierpię prawie tak jak niebieskiego i staram się nie używać, a tu nagle taka inwazja! A co do tego, że jest pięknie, to przecież ja to mam bez śniegu - dorobiłam się tu takiego stanu, że nie muszę niczego przykrywać śniegiem. No, prawie niczego.
Zostawiłam sobie na czas mrozów pewną robotę przy cięciu jednej z leszczyn, którą postanowiliśmy całkiem usunąć i produkcji słupków, które mi są potrzebne dla uzupełnienie "pleców" starej różanki. Myślałam, że to będzie dobry pomysł na czas, gdy ziemia będzie zamarznięta. No ale w tej sytuacji to mi już zostało tylko odśnieżanie.
Jeśli 7 stycznia moje skrzynie warzywne wyglądały już tak, to teraz chyba znikną zupełnie.
Foliaki wyglądają jak foremne kurhaniki, domek wcale ładny i w ogóle sapkowsko jakoś. Nusia wygląda kapitalnie w tej bieli. Pierwsza fotka dech zatyka - tyyle śniegu. Chciałabym. W Szczecinie tylko poprószone ale chodniki białe od grubych kryształków soli. Psy z rana utykając zawróciły do domu a po południu już tylko podwórko.
OdpowiedzUsuńMożesz uwieczniać ten piękny dziewiczy puch. Pewnie obłędnie wygląda o zmierzchu, gdy słońce oświetla na złoto.
Odśnieżania NIE zazdroszczę. Współczuję.
To nie foliaki, to te drewniane grządki warzywne, które pokazywałam w sezonie. A w odśnieżaniu kluczowe jest "kiedy", tego się już na wsi nauczyłam. Nie można pozwolić, żeby śnieg się uleżał, bo wtedy robi się ciężki. Więc: przestaje sypać - odśnieżamy.
OdpowiedzUsuńGorzej, gdy... nie przestaje :)