05 września 2024

Nie piszę, bo zarobiona jestem, zajmowałam się bowiem ostatnio wydawaniem córki za mąż oraz łapaniem kotów i myszy.

Łapaliśmy kota Lucynę kilka razy, aż wreszcie ją złapaliśmy i wywieźliśmy do lecznicy. 

Najpierw był czwartek. Ja z wizją wcześniejszego wyjścia z pracy czekałam już na Starego, kot był w aucie i darł mordę, ale moja zmienniczka coś nie przychodziła. Po telefonicznej konsultacji daliśmy sobie spokój, a Stary wypuścił wrzeszczącego kota na wolność, po czym zaraz zjawiła się zmienniczka, ale już było za późno.

Potem był piątek, kot znów został załadowany do koszyka i umieszczony w samochodzie. Kiedy się już przedarliśmy przez piątkowe korki i miejskie budowy i objazdy, to okazało się, że nasz wet ma zamknięte, bo akurat urlop. Pomyśleliśmy zgodnie "kurwa!" i wróciliśmy do domu, bo dalsze jeżdżenie z Lusią po innych wetach nie wchodziło w grę, gdyż od zawsze bardzo źle znosi ona każdy wyjazd autem i dobrze, gdy trwa on jak najkrócej. 

No to umówiliśmy się, że w poniedziałek Stary podjedzie z Lusią pod moją pracę i od razu po robocie ruszamy. Upewniłam się jeszcze telefonicznie, czy lecznica na pewno będzie czynna i do której godziny i około szesnastej ślęczałam już w oknie i czekałam. Okazało się jednak, że nic z tego, bo Lusia zabrała się i poszła, albowiem nasze koty są kotami wychodzącymi. Wychodzą sobie kiedy chcą i bez potrzeby otwierania im drzwi, bo mają na górze klapkę w drzwiach do łazienki i drugą z łazienki pod skos dachowy i tamtędy sobie po prostu idą precz przez strych. 

Czwarte podejście było we wtorek i już teraz się udało, dostaliśmy na nasze dolegliwości kapsułki i wstępną diagnozę, a badanie krwi w środę za tydzień.

Łapaliśmy również myszy, bo przyszło kilka chłodniejszych nocy i ww. zakwaterowały się nam od razu w kuchennej szufladzie z kawą. O ile kawy nie ruszyły, to naprodukowały bobków i napoczęły czekoladę gorzką 80%, więc trzeba było pilnie przemyśleć, gdzie schowaliśmy kupione ubiegłej jesieni żywołapki. Tak, tak, w tym życiu łapiemy myszy żywo i wypuszczamy je w ładnej okolicy, chyba zresztą już o tym pisałam. 

Również w mojej pracy myszy zasiały spustoszenie, ale to nie u mnie w bibliotece, tylko w świetlicowej kuchni i tam z kolei zagustowały w paczce krakersów, no, powiem że byłam w szoku, ile taka mała myszka zeżarła tej soli z cukrem together.  

Tam już zastosowano broń konwencjonalną, która jednak nie miała szans zadziałać, bo mysz, spragniona po uczcie, postanowiła zaspokoić pragnienie w urządzeniach sanitarnych toalety męskiej i tam dokonała żywota (jak zameldował personel sprzątający).

Ale o wydawaniu córki to już będzie w następnej notce.

2 komentarze: