Powoli mija lato i choć lipiec mamy chłodny, to akurat chwilowo jest gorąco i padłam w środku dnia i zaległam.
Mamy w tym roku w ogrodzie klęskę urodzaju i wreszcie są owoce, prawie wszystkie! Mam porzeczki czarne i czerwone, pochrupałam trochę agrestu i podskubuję jeżynomaliny, kończą się już czereśnie, zaczęły się maliny. Będą jabłka, gruszki i borówki. W zestawieniu z ubiegłym sezonem, kiedy nie było prawie nic, to jest naprawdę szaleństwo. Jest przy tym oczywiście kupa roboty i nie nadążam ze wszystkim tak, jak bym chciała, a doba nie jest z gumy.
Mam też ładne warzywa w moich skrzyniach, natomiast niezbyt imponująco zapowiadają się pomidory w foliaku - jakoś mi się wydaje, że słabo się zapylają, bo kwitną i kwitną, ale niewiele owoców wiążą.
Na bieżąco pilnuję róż - są wszystkie podlane i ogławiane/przycinane kiedy tego wymagają. Nie jestem natomiast w stanie dopilnować odchwaszczania, więc tu działania odbywają się zrywami w stylu rozpaczliwym.
Powoli, w miarę obserwowania ogrodu, rysują nam się plany pewnych reorganizacji jesienno-zimowych, które mają na celu zapobiec wypruwaniu z siebie flaków na tych naszych areałach. Będzie przeorganizowany maliniak, z ograniczeniem ilości malin i to jest nowy pomysł, moim zdaniem zmiana niezbędna. Co roku bowiem nie mogę się wyrobić z odchwaszczaniem malin, a chwastami są tam głównie pokrzywy, co skutkuje tym, że rzucam się do ich wyrywania dopiero wtedy, gdy sięgają po pas, bo jednocześnie zaczynają się już rumienić maliny i nie ma jak się do nich przedostać.
W lipcu, jednym żwawym zrywem, Stary zrobił cudny tarasik w miejscu, gdzie najczęściej latem przesiadujemy, tuż przy tylnym wyjściu na ogród, przy ścianie domu. Był tam zwykły typowy starodawny podest z betonu, a obecnie jest drewniany taras ze stopniami z belek konstrukcyjnych odzyskanych poremontowo z naszego domu. Super jest teraz to miejsce, a "before i after" robi chyba wrażenie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz