Dziś mam nieoczekiwanie dzień wolny od pracy i oczywiście spędzam go pracowicie, tak jak lubię, w domu i w ogrodzie.
Rano zaczęłam od robienia krokietów z mięsa rosołowego, bo czekało w wielkim garze. Do tych krokietów zainspirowało mnie natknięcie się na nowy sposób robienia naleśników, który chyba zepchnął z pudła wszystkie dotychczas mi znane. Jestem od paru już lat na żywieniu okołoketogenicznym, ale raczej bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że niskowęglowodanowym i w tym reżimie wypróbowywałam już różne dostępne w sieci przepisy na wyroby naleśnikopodobne, te jednak są najlepsze. W składzie tylko jajka i sucha żelatyna, wymieszać i smażyć. Naleśniki wygodnie się odwraca, a po wystudzeniu są miękkie i elastyczne i nie pękają podczas zawijania farszu. Staremu zrobiłam szybko kilka normalnych naleśników z mąki pszennej, to te moje będę miała na dziś i jeszcze na jutro do pracy.
Chyba mam jeszcze w piwnicy zakwas buraczany, to byłby barszczyk do popicia.
Po tym gotowaniu i chapsnięciu na szybko śniadania, poszłam z Janką na pole, wybiegać nasze psy, ale jakiegoś ekstremalnie długiego marszu nie podjęłyśmy, bo było jeszcze bardzo zimno, a Janka trochę jakby zasmarkana.
Poprzywoziłam też do kotłowni trochę drewna, bo Stary wciąż nie całkiem się wychorował i chcę mu oszczędzić jeszcze kilku dni. Mamy tu taki wygodny system, że tylnymi drzwiami wjeżdżam z załadowaną taczką, najpierw po desce na podest, a potem przez całą sień aż pod drzwi kotłowni i tam sobie wygodnie wyładowuję i układam.
Próbowałam coś porobić na terenie pod warzywnik, ale na razie wszystko tam jest na kość zamarznięte. Wywiozłam tylko kłęby porozbiórkowej siatki i obdarłam resztki ocieplenia po wewnętrznej stronie drzwi kurnika. Przy jego demontażu uszkodziły się też niestety same drzwi i Stary mi je teraz musi naprawiać, jakby mało miał innych robót, cholera jasna. Drzwi były na grubo ocieplone warstwowo różnymi surowcami, jak poduszki, kocyki, włóknina i worki po ziemniakach - żeby kurkom nie było zimno i rozbiórka tej izolacji nie była łatwa, musiałam się naszarpać.
Następnie poprzycinałam trochę kokornak na belce nad drzwiami wejściowymi, żeby nam na łby nie spadał w sezonie wegetacyjnym, po czym osłabłam z kubkiem herbaty i laptopem.
We wszystkich pracach towarzyszyło mi dźwiękowe wydanie najnowszej książki Grzebałkowskiej, której wszystkie książki czytałam i wszystkie bardzo polecam!!! A za audioteke.pl - bogu.niech.będą.dzięki!
Mam na dziś jeszcze plan wykonania czynności zakazanej, czyli spalenia kupy gałęzi na polu, a okoliczności są sprzyjające, bo dzień powszedni i słońce mocno świeci, to może mnie nikt nie zauważy i nie zakabluje na policję.
A wieczorem joga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz