Skończyłam z tymi różami i jestem wrakiem człowieka. Boli mnie WSZYSTKO, jestem wysmarowana diklofenakiem i oklejona plastrami przeciwbólowymi.
Nazbierało się tego trochę, ale właściwie dziś rano skończyłam. "Właściwie", bo odkryłam właśnie, że jedna wielka i rozrośnięta róża pnąca Veilchenblau nie została nawet tknięta sekatorem, no ale niestety, tak już zostanie, bo nie bardzo można się do niej dostać, a poza tym miała zasłaniać, to niech zasłania.
Róża ta miała zasłonić posesję sąsiada, która od paru lat jest opuszczona i popada w ruinę. Od naszej strony wygląda tak, że naprawdę warto ją zasłonić.
Dziś pod wieczór wtargnęłam na tę posesję uzbrojona w sekator dwuręczny znanej firmy i wychlastałam przerastające ogrodzenie gałęzie lip, śliwek, klonów i wszelkiego tałatajstwa, wszystko, co zdołałam, zarówno to, co z naszej strony przerastało na stronę sąsiada jak i odwrotnie. Dotychczas cięłam tylko od naszej strony, wykonując niebezpieczne ewolucje i narażając życie i zdrowie, ale przecież, do jasnej cholery, żywej duszy tam u nich nie było przynajmniej od trzech lat, więc dziś wreszcie wyszłam z siebie i wtargnęłam. Przy okazji wykryłam przepiękny widok - oto jak wygląda nasada krzewu naszego wielkiego cisa rosnącego w granicy działek. Jest to cis męski, który kwitnie wiosną i bardzo tłumnie wtedy na nim pracują pszczoły. A po drugiej stronie domu mamy dwa równie potężne cisy żeńskie i to one są późnym latem obsypane czerwonymi jagódkami.Doprowadziłam też sobie do ładu "mój" krzew agrestu, rosnący co prawda po stronie sąsiada, ale nikt go tam nie używa i przypuszczam, że nikt o o nim nie wie i co roku (przynajmniej od dziesięciu lat) przychodzi taki wieczór, że idę tam z taboretem i obżeram cały krzaczek na miejscu. A taboret jest potrzebny po to, żebym mogła sięgnąć przez siatkę ogrodzeniową.