04 kwietnia 2025

Skończyłam z tymi różami i jestem wrakiem człowieka. Boli mnie WSZYSTKO, jestem wysmarowana diklofenakiem i oklejona plastrami przeciwbólowymi.

Nazbierało się tego trochę, ale właściwie dziś rano skończyłam. "Właściwie", bo odkryłam właśnie, że jedna wielka i rozrośnięta róża pnąca Veilchenblau nie została nawet tknięta sekatorem, no ale niestety, tak już zostanie, bo nie bardzo można się do niej dostać, a poza tym miała zasłaniać, to niech zasłania.

Róża ta miała zasłonić posesję sąsiada, która od paru lat jest opuszczona i popada w ruinę. Od naszej strony wygląda tak, że naprawdę warto ją zasłonić.

Dziś pod wieczór wtargnęłam na tę posesję uzbrojona w sekator dwuręczny znanej firmy i wychlastałam przerastające ogrodzenie gałęzie lip, śliwek, klonów i wszelkiego tałatajstwa, wszystko, co zdołałam, zarówno to, co z naszej strony przerastało na stronę sąsiada jak i odwrotnie. Dotychczas cięłam tylko od naszej strony, wykonując niebezpieczne ewolucje i narażając życie i zdrowie, ale przecież, do jasnej cholery, żywej duszy tam u nich nie było przynajmniej od trzech lat, więc dziś wreszcie wyszłam z siebie i wtargnęłam. Przy okazji wykryłam przepiękny widok - oto jak wygląda nasada krzewu naszego wielkiego cisa rosnącego w granicy działek. Jest to cis męski, który kwitnie wiosną i bardzo tłumnie wtedy na nim pracują pszczoły. A po drugiej stronie domu mamy dwa równie potężne cisy żeńskie i to one są późnym latem obsypane czerwonymi jagódkami.

Doprowadziłam też sobie do ładu "mój" krzew agrestu, rosnący co prawda po stronie sąsiada, ale nikt go tam nie używa i przypuszczam, że nikt o o nim nie wie i co roku (przynajmniej od dziesięciu lat) przychodzi taki wieczór, że idę tam z taboretem i obżeram cały krzaczek na miejscu. A taboret jest potrzebny po to, żebym mogła sięgnąć przez siatkę ogrodzeniową.


02 kwietnia 2025

Zdycham, te róże mnie zabiją w tym roku. Wciąż myślę, że już dziś skończę, już jutro posypię im nawóz i wciąż nie wychodzi. Dziś rano od ósmej do dwunastej się z tym bawiłam, na trzynastą pojechałam do pracy, myśląc, że jak wrócę, to pobiegam z tym nawozem, ale gdzie tam. A więc... jutro rano. Ja mam taki rodzaj aktywności dobowej, że od świtu latam jak petarda, za to popołudniami zgon i zwiotczenie ciała i ducha. A więc to, że po zmianie czasu popołudnia się wydłużyły, nic mi właściwie nie daje.
W dodatku dziś w pracy czynnik ludzki umęczył mnie do granic i wyssał ze mnie całe życie. Poszłabym już spać.

A na poligonie warzywnika trwa dziś wkopywanie trumien, czyli grządek podwyższonych.