11 stycznia 2026

Nie chcę już więcej tego śniegu! Po tygodniu spokoju, kiedy to ustabilizowaliśmy sobie jako tako naszą codzienną komunikację pomiędzy śnieżnymi wydmami i pagórkami - zaczęło znów! Sypie i sypie, a do tego jeszcze wieje i minuta po minucie odcina mnie od życia. Od początku stycznia wyjście z ogrodu jest dostępne tylko przez jedną z pięciu furtek, a doraźnie jeszcze przez drugą, śmietnikową. Przestaliśmy zupełnie  chodzić na pola z psami, no a chodzenie po ogrodzie też jest dostępne w bardzo ograniczonym zakresie, bo tylko niezbędnymi odśnieżonymi przejściami/przejazdami, które tworzą placyki oraz koryta i wąwozy.


Poza tym wszędzie sceneria, jak w "Panu Wołodyjowskim", kiedy to Baśka uciekała przed Azją Tuhajbejowiczem przez zaśnieżone stepy. Na tych naszych śnieżnych połaciach duża suka jeszcze poszaleje, zresztą widać że naprawdę lubi śnieg, ale mały piesek zapada się razem z paszkami, choć przecież wcale nie jest taki mały.

Jeśli chodzi o potrzeby psów, to w normalnych warunkach dostępności terenu, mają w półhektarowym ogrodzie gdzie uprawiać ruch, węszenie, obserwacje i urozmaicone aktywności. Są tu przecież otwarte przestrzenie, ścieżki, dróżki, zakamarki, chaszcze i zarośla a nawet kawałek lasu. Są też super dla nich atrakcyjne miejsca przy śmietnikach i kompostownikach, a także intrygujący domek ogrodnika i foliak, gdzie przecież jak tylko otworzę, to od razu muszą zajrzeć i SPRAWDZIĆ.

No ale ja? Jak ja mam w takich warunkach realizować kroki i codzienną aktywność fizyczną zalecaną staruszce? A w dodatku jak pomyślę, że to białe gówno będzie pewnie teraz miejscami leżało tu do marca i dłużej, to mam ochotę się zastrzelić. Oczywiście ogród się napije i będzie wdzięczny i to mnie bardzo cieszy, róże są bezpiecznie przykryte, a naszuflowałam też sobie śniegu do foliaka i to też jest wielki pożytek na przyszłość. Tak więc przyszłość bilansuje mi się tu w plusach i minusach, natomiast teraźniejszość jest całkiem do dupy, bo tylko to, że jest biało i pięknie, to dla mnie za mało. Białego koloru nie cierpię prawie tak jak niebieskiego i staram się nie używać, a tu nagle taka inwazja! A co do tego, że jest pięknie, to przecież ja to mam bez śniegu - dorobiłam się tu takiego stanu, że nie muszę niczego przykrywać śniegiem. No, prawie niczego.

Zostawiłam sobie na czas mrozów pewną robotę przy cięciu jednej z leszczyn, którą postanowiliśmy całkiem usunąć i produkcji słupków, które mi są potrzebne dla uzupełnienie "pleców" starej różanki. Myślałam, że to będzie dobry pomysł na czas, gdy ziemia będzie zamarznięta. No ale w tej sytuacji to mi już zostało tylko odśnieżanie.

Jeśli 7 stycznia moje skrzynie warzywne wyglądały już tak, to teraz chyba znikną zupełnie.

04 stycznia 2026

W Sylwestra zaczęła się u nas zima i nie odpuszcza. Codziennie pada śnieg i to dużo, a temperatury są ujemne, ale nie za dużo. Tak więc zażywamy sportów zimowych w postaci odśnieżania i odmiatania sobie drogi na świat: wyjścia z domu i wyjścia z podwórka oraz wyjazdu na drogę powiatową. Wczoraj po południu wjechała wreszcie w naszą drogę odśnieżarka, nie obyło się jednak bez wcześniejszej interwencji. No ale teraz z rana trzeba będzie iść i po tej odśnieżarce odkopać bramę i furtkę.

Skoro mowa o śniegu i mrozie, to muszę się pochwalić, że u progu nowego roku (a właściwie jeszcze nawet u schyłku starego) zrewolucjonizowałam swoje podejście do zasobów żywnościowych w zamrażarkach.

Od lat mam dwie zamrażarki: jedną trzyszufladową w kuchennej lodówce i drugą, w ganku - wysoką na dwa metry, z szuflad i półek. Mrożę przede wszystkim owoce sezonowe - głównie owoce jagodowe, czyli te, które mogę jeść - i to nie tylko swoje, również te, które kupuję latem tu w okolicy. Są to więc truskawki i borówki, jagody leśne, porzeczki czarne i czerwone, maliny, czereśnie i wiśnie, a jeśli mam, to jeżyny. Dojrzewają one w swoim naturalnym sezonie i w miejscu, gdzie mieszkam, nie wymagają więc transportu dookoła świata i żadnych podejrzanych zabezpieczeń na czas tego transportu. Wszystko to trafia w punkt mojej filozofii żywieniowej, którą sobie tu od lat stosuję i ma dla mnie znaczenie także ze względu na ślad węglowy.

Mrożę też grzyby, warzywa ze swoich grządek, pieczywo swoje i Starego, a także czasem nadmiary półproduktów i gotowych dań własnej bieżącej produkcji.

Tej jesieni przegięłam już pałę pod względem ilości tych wszystkich mrożonek i zaczęłam się rozglądać za drugą zamrażarką do sieni, ale taką trochę niższą, żeby można było wykorzystywać jej "dach" jako podręczny stolik czy półkę. Zwierzyłam się sąsiadce z tych poszukiwań, a ona ni stąd ni zowąd zapytała, czy przypadkiem nie myślałam, żeby zacząć jeść to wszystko, co zamrażam. 

No i tu rzeczywiście poczułam wiatr w żaglach, tym bardziej, że kiedy Stary przed świętami kupił bułki, żeby je sobie zamrozić, to musiałam go poinformować, że w związku z dokwaterowaniem do zamrażarek ryb okołoświątecznych oraz pasztetów upieczonych i surowych - żadne bułki (a nawet pojedyncza bułka) nie mogą już być zamrożone, bo nigdzie nie uda się ich wepchnąć. No i tak od paru tygodni wyżeramy i wyżeramy, dzięki czemu mogłam nawet ostatnio kupić jakiś kawałek mięsa i zamrozić, a nawet byłoby już gdzie zamrozić nowe ryby.

A na koniec napiszę jeszcze, jak wygląda moje mrożenie i potem jedzenie tych owoców. Nie przetwarzam ich zupełnie i nie dodaję do nich żadnych dodatków. Są to albo czyste surowe owoce luzem w większych pojemnikach albo w małych - rozgniecione tylko widelcem, dla oszczędności miejsca, żeby nie mrozić powietrza. Zjadam je potem przez całą zimę, prawie zawsze wymieszane z mascarpone, żeby obecność tłuszczu obniżyła mi trochę ich indeks glikemiczny, a poza tym mascarpone ma słodki smak w stopniu, który mi zupełnie wystarcza do szczęścia. Jako dodatki stosuję czasem (pojedynczo lub rozdzielnie) postruganą nożem gorzką czekoladę 80%, jogurt grecki i orzechy w różnych postaciach i ilościach i to zarówno całe, jak i zmielone lub płatki np. migdałowe. Zależnie od rodzaju i ilości tych dodatków mam albo solidne lody, albo bardziej treściwą mieszankę, ale nigdy nie jadam tego jako deseru, tylko zawsze jako oddzielny posiłek, bo jest to jedzonko kaloryczne i sycące. No i nigdy nie rozmrażam tych owoców do końca, bo od zawsze uwielbiam zamarznięte jedzenie. Już w czasie studiów w Krakowie w latach 1980-83 lubowałam się w kupowaniu mrożonych truskawek w jedynym znanym mi wtedy sklepie z mrożonkami po prawej stronie przy wlocie z Rynku Głównego na Floriańską i zjadałam je (również zimą) prosto z worka, zanim doszłam Szewską na tramwaj przy Bagateli. Zresztą - miało to sens tylko zimą, latem przecież by mi się pod drodze rozmroziły! No i latem się nie studiowało.

30 grudnia 2025

Malowanie pokoju zostało zakończone przedświątecznie, tak więc miałam od razu wysprzątane jak nigdy! Stary sfinalizował wreszcie proces wieszania obrazków i teraz są rozmieszczone nieco inaczej, a dodatkowo doszły dwa nowe - portret babci Starego ze strony ojca oraz tenże ojciec jako drobne pacholę.

Stary wymyślił też, żebyśmy jeszcze dołożyli nasze dwie fotki z czasów dzieciństwa i nawet wskazał kandydatury do oprawienia. 

Dobiega końca projekt "adopcja Nuki". Wczoraj byliśmy w schronisku na rozmowach, mamy już wypełnione papiery i dziś je tam im podrzucimy. Przed samymi świętami byliśmy też z Nuką w lecznicy, w celu oceny zmiany na grzbiecie pod kątem zabiegu operacyjnego, który to zabieg, naszym zdaniem, po prostu się nie odbędzie. Narośl w schronisku miała na pewno z ponad centymetr średnicy i była widoczna bez rozgarniania sierści, bo po prostu wystawała. U nas w domu zaczęła powoli znikać i to bez jakiejkolwiek interwencji w postaci smarowania, zakrapiania etc. -  grudka stopniowo obsychała i odpada kolejnymi warstwami, jest więc coraz mniejsza.  Tyle może zdziałać DOM - ciepło, spokój, dobre jedzenie, troska i przyjaźń człowieka, no... po prostu stabilizacja. A sama ta zmiana, jak się na szczęście okazało, ma swoje źródło w zaburzeniach pracy gruczołów łojowych, czyli jest to zaniedbany stary kaszak. Teraz dostaliśmy teraz od weta kropelki sterydowe do nanoszenia raz dziennie po jednej i będziemy obserwować do połowy lutego, a potem ewentualnie dalsze decyzje.

Kolejna rzecz, o jakiej chciałam napisać, to kamera zewnętrzna, którą kupiliśmy sobie na początku grudnia i po świętach została wreszcie zamontowana i zainstalowana na szczytowej północnej ścianie domu, tej porozbiórkowej, na której nie ma okien. 

Chcemy obserwować daniele, które stadami wędrują po naszej wsi i to nawet często za dnia, już nie mówiąc, że po każdej nocy widać w piasku nowe odciski ich ostrych kopytek. Koło naszego domu przechodzą one bowiem z jednego lasu do drugiego, nadciągając z pól i przekraczając drogę powiatową. Czasem latem, kiedy robię sobie poranną kawę, uda się akurat przez kuchenne okno zobaczyć jakiegoś rogacza wyłażącego na naszą drogę prosto z podwórka sąsiadów. Kamera pokazuje niezłej jakości obraz (w dzień w kolorze) i dźwięk, które obserwujemy na smartfonowej aplikacji - fajnie słychać szum wiatru i ćwierkanie ptaszków. 

Ciekawa jestem, kiedy upoluję pierwsze kopytkowe - w latach minionych byłoby łatwiej, bo wyrzucałam im tam za ten płotek jabłka, gdy miewałam klęskę urodzaju. 

No i na koniec tej notki zapraszam do podziwiania ekosystemu w naszej sieni!

21 grudnia 2025

Wzruszyliście mnie ludzie, że tu wchodzicie i czytacie notki, których nie ma, bo przecież przez ponad miesiąc ani słowem się nie odezwałam, a w tym czasie blog odnotował 1730 odwiedzin. Szkoda, że poza nielicznymi wyjątkami nie zostawiacie śladu w postaci komentarzy, bo czasem myślę, że to ja i jeszcze ta mniej więcej piątka komentujących jesteśmy wszyscy razem chorzy psychicznie i zaglądamy tu po kilkanaście razy każdego dnia i nabijamy te statystyki. Choć chyba to nie tak działa. Zresztą... około setki odwiedzin dziennie też mi tu wygląda jakoś nieprawdopodobnie, a tyle właśnie pokazują statystyki

Jesteśmy po malowaniu największego pokoju, który przed naszym zamieszkaniem tutaj miał aż sześćdziesiąt metrów, czyli tyle, co całe mieszkanie w bloku, w którym przeżyliśmy z dwójką dzieci dwadzieścia pięć lat. No ale trzeba pamiętać, że była to kiedyś szkolna klasa, a potem filia biblioteki gminnej. Kawałek tego pokoju ukradliśmy wtedy od razu, tworząc od podstaw dużą jasną łazienkę i to była nasza główna ingerencja w substancję budynku w sensie reorganizacji terytorialnej. A duży pokój wciąż pozostał duży, bo około czterdziestometrowy.

Teraz po malowaniu trwa wieszanie obrazków - zdjęć naszych przodków, wśród których jedyną żyjącą osobą jest ciocia Maryla, ta, która niedawno obchodziła dziewięćdziesiątkę. Obrazki dotychczas wisiały krzywo i  nieco bezładnie, a teraz mają wisieć prosto i sensownie i to wyzwanie podjął Stary, który już wymyślił kilka kolejnych sposobów osiągnięcia tego celu i wciąż jest w procesie.

Notkę napisałam spontanicznie w niedzielny poranek, w chwili pomiędzy piciem porannych kaw i octu lawendowego, a jedzeniem śniadania, po którym zaraz wsiadam w auto i jadę do schroniska. Od minionego tygodnia wznowiłam pracę z Lokisem i jeżdżę szczególnie do niego, a potem różnie - zależy jakie są potrzeby i co na to mówi moje kolano. O Lokisie napiszę oddzielnie.

Jutro jedziemy z Nuką na pobranie krwi do badania, obcięcie kilku pazurów i ponowną weryfikację tego guza u nasady ogona, który miał być usuwany operacyjnie, tymczasem on po kawałku warstwami obsycha i odpada i zostało już mało co. Więc niech spojrzą, czy to w ogóle trzeba się w tym grzebać. Nuka jest u nas wciąż w opcji Domu Tymczasowego, właśnie ze względu na tę narośl, ale chcemy jak najszybciej dokończyć sprawę i przeprowadzić normalną pełną adopcję.

20 grudnia 2025

Minęło już prawie sześć tygodni mojej żałoby i już chyba z dziesięć dni temu przestałam wreszcie płakać. Trzeba żyć dalej, jak to mówią, nie ma wyjścia. I cieszyć się tym, co jest.

Nasz Burek, ten nasz pierwszy pies ze schroniska, adoptowany jeszcze w czasach kiedy żyła moja mama i kiedy mieszkała z nami Kora, zakończył swoje życie po trzydniowej gwałtownej chorobie, w wyniku błyskawicznie postępującej wielonarządowej niewydolności, spowodowanej trucizną. Bo to właśnie pokazała analiza wyników badań, które spłynęły już po jego śmierci - cały system mu się nagle zawalił! Wszystkie narządy wewnętrzne wysiadły po kolei, większość parametrów na wydruku jest drastycznie poza normami, a nie był to żaden powolnie narastający proces, bo Buruś był od paru lat leczony z powodu niedoczynności tarczycy i w związku z tym był na bieżąco pod kontrolą. Co kilka miesięcy przechodził badania krwi, żeby było wiadomo czy nie modyfikować dawki leku i jeszcze w sierpniu poszerzona morfologia pokazała piękne wyniki - wszystko z góry na dół było na zielono, a doktory z uznaniem stwierdziły: "jak u młodego psa". Teraz... prawie wszystko wyszło na czerwono.

Jaka to była trucizna i skąd się wzięła, tego nie dowiemy się nigdy. Jedno co wiemy, to że nie była to trutka na szczury, bo doktor od razu to podkreślił. Możemy snuć hipotezy i domysły, ale cóż nam to da. Jedno wiemy, że po tułaczce, jaką przeżył w czasach przedschroniskowych, był to pies, zawsze i wszędzie poszukujący czegoś, co można zjeść, wiecznie głodny i nienażarty. Mógł znaleźć coś podczas wspólnych spacerów, nawet przypuszczam, że to mogło być w sobotę 8 listopada, kiedy to ja sama byłam z nim przed zmrokiem na polach. 

Chodziłam z nim samym tylko, bo on już od pewnego czasu nie był chętny do biegania po ogrodzie. Podczas gdy Gucio i Nuka oddawali się szaleństwom, wygłupom, zapasom i gonitwom, on załatwiał niezbędne potrzeby i siadał, i tak siedział. Jedynie wieczorami pozostawał w ogrodzie dłużej i jako ostatni robił obchód w ciemnościach, gdy pozostałe psy były już w domu i przysypiały. Martwiłam się, że jak nie będzie miał ruchu, to będzie coraz gorzej chodził, że stawy mu wysiądą, mimo suplementów wspomagających stawy starszych psów, które brał od paru lat. Więc wymyśliłam mu te spacery indywidualne - wychodziliśmy dyskretnie i uciekaliśmy dwóm pozostałym psom, które zostawały wtedy w domu ze Starym.

Na takich spacerach Burek wspaniale się ożywiał i widać było, że czerpie z nich wielką radość. Od razu mu się zmieniała mowa ciała, pomykał z lekkością, zadowolony i szczęśliwy. Jeszcze Młoda miała szansę tego doświadczyć, kiedy była u nas w październiku, bo też się z nim wybrała na taki solo spacerek terapeutyczny. Moje ostatnie z nim wyprawy, już w jesiennej aurze, odbywały się czasem prawie na granicy dnia i nocy, bo musiałam czekać, aż Stary wróci z pracy i przejmie pozostałe psy. Łaziliśmy więc sobie we dwoje po sennych błotnistych polach, oglądaliśmy wschody pełnego księżyca i budowę nowego domu na brzegu lasu i właśnie z takich ostatnich spacerów pochodzą te fotki.

 

Burek od dawna chodził bez smyczy, bo on był zawsze przy człowieku i ani mu do głowy nie przyszło gdzieś uciekać, a kiedy na przykład na zakręcie spacerowej trasy zobaczył człowieka czy kopytkowe, których ja (idąca z tyłu) jeszcze nie dostrzegałam, zatrzymywał się i odwracał z pytającym spojrzeniem. No ale prawdą też jest, że wszelkie smrodliwe smakołyki to była zawsze dla niego atrakcja i jak znalazł coś takiego w polu, to się zawieszał i trzeba było drzeć mordę, żeby go przywołać, a czasem i iść po niego w te błotniste ary i hektary.

Inna hipoteza nasuwa mi myśl, że znalazł u nas w ogrodzie to coś, co zjadł, a co znalazło się tam z zewnątrz - może jakieś zwierzęce zatrute szczątki zrzucone na przykład przez sroki, które różne świństwa roznoszą i rozrzucają. Zupełnie nie dopuszczam ingerencji jakichś ludzi o złych intencjach, no nie i koniec. Inaczej - musiałabym pójść z pochodnią i po obu stronach drogi podpalać kolejne gospodarstwa. I zresztą jak miałabym tu dalej żyć?

Na ten ostatni, całkiem ostatni spacer, w niedzielę 9 listopada wybraliśmy się obydwoje i ze wszystkimi trzema psami. I wtedy były chyba już pierwsze symptomy, że Buruś źle się czuje, bo powolnie snuł się za nami z tyłu, wciąż trzeba go było wołać i jakoś tak nie chciało mu się iść. Wieczorem i w nocy pojawiły się kolejne niepokojące objawy, a nazajutrz zaczęły się codzienne poranne wyjazdy do lecznicy i popołudniowe powroty, badania, prześwietlenia, zastrzyki i kroplówki. Ale nie chciało być lepiej, bo zniszczenia postępowały w piorunującym tempie. W środę Stary przyjechał z nim i wniósł go już na rękach do domu i na posłanie, wiedząc, że prawdopodobnie żadnego jutra już dla niego nie będzie. Ostatnie półtorej godziny przesiedzieliśmy oboje przy nim na podłodze przy posłaniu, razem z Guciem, żeby wiedział, co się stało i mógł też przeżyć i zamknąć swoją psią żałobę. Nuka patrzyła na nas wszystkich ze swojego posłania, oddalonego o kilka metrów i przez cały ten czas nawet nie drgnęła.

Wielu ludzi nie rozumie, jak można tak kochać psa i jak można tak bardzo rozpaczać po jego śmierci. Ja osobiście uważam, że to ich wielka strata, jednak oni tak tego nie odczuwają. Bo chyba tak to już jest w życiu urządzone, że jeśli czegoś nie doświadczyliśmy, to zupełnie nie wiemy, co straciliśmy. Tak jak na przykład ja nie wiem, co tracę (i czy w ogóle coś tracę), nie mając wnuków. I chyba, paradoksalnie, dobrze to jest urządzone, bo w przeciwnym razie cale życie cierpielibyśmy z powodu tego, czego nie ma.

Pisałam tę notkę w kilku podejściach i znów oblałam ją łzami i poprawiałam i uzupełniałam tysiąc razy. I myślę sobie, że takiego dream teamu jak Burek i Kora, te nasze dwa koniki, to już nigdy tu nie będzie. Buruś był w niej zakochany bez pamięci, we wszystkim ją naśladował, ustępował jej i zabiegał o jej względy, a kiedy już przyszło nam się z nią żegnać, to on też był przy tym pożegnaniu, a potem w bardzo widoczny sposób przeżywał swój własny smutek i tęsknotę. Mam nadzieję, że przynajmniej są znowu razem, gdzieś tam - jeśli jest jakieś TAM, w jakiejkolwiej formie i postaci.