25 października 2026

Zima idzie, bo znów mi się chce pisać, a może to efekt tego, że wreszcie w ciągu doby można wyodrębnić wieczory. Jest poranek po nocy z jesienną zmianą czasu, co oznacza, że popołudnia będą się składały już prawie z samego rozciągniętego wieczoru. No cóż, chyba się nie doczekam chwili, gdy przestaną majstrować przy tych zmianach czasów, bo szczerze tego nienawidzę, choć to przecież tylko godzina.

Ten czas teraz, to jest dziesięć dni pomiędzy rocznicami śmierci moich rodziców i ja to czuję pod skórą - jest to taki czas czekania, choć nie ma na co, chyba czekania, aż te dni już miną. Mamy nie ma już dziesięć lat, co jest zupełnie niewiarygodne, bo mam jej tyle wszędzie, w głowie, myślach, wspomnieniach, przedmiotach, dokumentach, zdjęciach, listach i zapiskach, jak gdyby wyszła stąd przed chwilą i zaraz miała wrócić. Mam nawet do tej pory w szafie jej kolorowy sweterek, który nosiła tu u mnie do letnich sukienek, taki miły wesoły kardiganik z frędzelkami.

W minionym tygodniu wkroczyłam na poważnie do mojego ukochanego warzywnika z pracami bieżącymi oraz restrukturyzacyjnymi. Wstępnie wycięłam przesiekę przez maliniak do jagodnika, bo teraz tamtędy będzie się odbywała komunikacja, gdy jagodnik dostanie stałe ogrodzenie. Maliny będą znacznie ograniczone, ale za to przestaną być niedostępną dżunglą i będą łatwiejsze do obsługi. Już teraz widać, gdzie krzaki malin są duże i okazałe, a gdzie rachityczne i cienkie witki, więc to będzie główne kryterium do dalszych prac eksterminacyjnych. Wywalę je też z sąsiedztwa ogrodzenia, gdzie zacieniają mi róże, rosnące wzdłuż tego ogrodzenia i stanowiące kwitnący szpaler na trasie do foliaka.

Co do róż, to czekam na przesyłkę ze szkółki i będzie to pewnie lada dzień. Stopniowo przygotowuję więc doły pod nowe róże, ale też i przy tej okazji zaplanowałam różne przesadzenia, więc muszę mieć kilkanaście tych miejsc. Mam już za sobą fazę planowania zmian w terenie i na kolejnych kartkach i to jest najfajniejsze, ale zarazem najgorsze. Kartki jedna po drugiej wędrują do pieca, a gdy już mam tę ostateczną, to i tak zawsze się potem okazuje, że jednak coś nie tak. No i nawiązałam ze Starym umowę ustną na mocy której udrożni mi on dostęp do drogocennej treści na spodzie kompostownika, a ja sobie stamtąd będę czerpać i korzystać.

A dziś w niedzielny poranek na dzień dobry czyszczenie komina i Stary mówi, że teraz to już razem z diagnostyką, która pozwoli ustalić, w którym miejscu komina jest nierówność/schodek/uskok czy cokolwiek, co powoduje, że tam powstaje niedrożność i przy rozpalaniu dym wyłazi z pieca, zamiast iść kominem do góry. I on, Stary znaczy, następnie rozwali tam ścianę, którą sam robił, a potem znajdzie w kominie tę nierówność i ją wyprofiluje tak, żeby poprawić drożność komina. Nasz komin nie jest pionowym szybem - ma nierówności, pochyłości i spadki, które uniemożliwiają włożenie do niego gładkiej rury i zamknięcie sprawy. 

Rysunek roboczy oczywiście już jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz