17 września 2026

Teraz robię niciankę z zielonkawego lnu, który mi został po dzierganiu bluzeczki. No i zaczęłam modyfikować wzór, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy, bo liczenia jest co niemiara!

Dziś jest dzień udanych zakupów i nie mówię tu o żarciu dla psów, które również przyjechało z paczkomatu, ale o pewnych pięknych upominkach, darowanych dla mnie i ode mnie. Brzmi tajemniczo, ale zdradzę część tej tajemnicy - otóż przyjechały do mnie dziś trzy róże zupełnie gratis: ta o której marzyłam i to w dwóch egzemplarzach i jeszcze trzecia, o której nie marzyłam, bo nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Moczą się teraz i jutro będą sadzone i jest to prezent od zupełnie obcej osoby, koleżanki z grup różanych na facebooku. Kolejne trzy róże kupiłam sobie już normalnym trybem, w szkółce różanej, z wysyłką jak należy czyli w końcu października, ale też za nie (prawie) nic nie zapłaciłam, bo wykorzystałam bon prezentowy od przyjaciółki. Sześć róż przybyło więc do mojej kolekcji: Aspirin Rose z firmy Tantau i pięć innych - spod ręki Łukasza Rojewskiego.

08 września 2026

Z uroków życia wiejskiego to chyba tyle, że nadchodzi jesień, a więc w domu kończą się muchy, a zaczynają się myszy. Zaczyna się również palenie w piecu i grzanie podłogówki, bo wieczorami już jest naprawdę nieprzyjemny chłód, zwłaszcza jeśli poprzedziła go seria dni z monsunowymi wręcz opadami deszczu. 

Pierwszą w tym sezonie mysz powitaliśmy uroczyście w kuchni - w kontenerze na kubełki do segregacji odpadów dnia 5 września. Po czym śmignęła w narożnik tejże wnęki i skrobała tam przez jakiś czas, a następnie przepadła i nie dała się skusić na dwie żywołapki wyposażone w chrupki psiej karmy oraz kawałeczek hiszpańskiej kiełbasy dojrzewającej fuet, mojej ulubionej, którą sobie od ust odjęłam. Dziś próżno by jej wypatrywać, bo mamy ocieplenie, by nie rzec że upał, jak to często u nas bywa - jednodniowy. A skoro tak, to powróciły muchy, wiadomo.

Skończyłam kolejną koronkową niciankę, śliczna wyszła, lekka i cieniutka.

Bardzo mi się podoba ten wzór i chyba go kiedyś zrobię znów. A w ogóle, to mi chodzi po głowie taki pomysł, żeby tę nicianą serwetkę zrobić w wersji z nici sporo grubszej, na przykład lnianej (lub len z bawełną) i taka serwetka byłaby obrusem na okrągły stolik, który latem mieszka w ogrodzie, a zimą w naszej sypialni.

Korci mnie też strasznie nauka przeprojektowywania ażurów, na razie w formie drobnej korekty oryginalnego projektu - na przykład modyfikowania zewnętrznego borderu, bo nie w każdym projekcie mi się on podoba.

25 sierpnia 2026

 No i jest, abażur pod znakiem "kto bogatemu zabroni"!

To jest lampka, która stoi na parapecie okna, a tuż obok jest sofa. Na tej sofie zalegam produkując moje dzianiny, światło mam zza lewego ramienia - wszystko jedno czy dzienne, czy z lampki, jak wyżej. Dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w bloku, ta lampka przyjechała ze mną z domu mojego dziadka na Dolnym Śląsku i jest to stara drewniana lampka poniemiecka, więc pasuje tu jak złoto.

No i trzecia serwetka się robi, ale chyba będzie żałośnie mała, bo schemat ma tylko 73  rzędy.

23 sierpnia 2026

Tak więc w piątek raniutko byłam w Szpitalu Morskim w Gdyni na piątym zastrzyku izotopowym, a potem spędziłam dwa dni w ortezie sięgającej o morza do Tatr i utrzymującej moje kolano w przymusowym wyproście przez 48 godzin. Pomogło mi to dokończyć nową serwetę, której wzór nakazywał już w ostatnim okrążeniu przerobienie dziewięciuset oczek, więc mili państwo, czas już był. Oto ona, ma metr średnicy, kolor ecru.

Serweta jest wyprana i zablokowana w kształcie i wymiarach i schnie sobie grzecznie na podłodze, rozpięta i przyszpilona do specjalnych piankowych puzzli, na których rozłożona jest bawełniana tkanina. Jestem zachwycona tym wzorem i być może go powtórzę, kto wie! W ogóle ten typ pracy dziewiarskiej zachwyca mnie we wszystkich etapach i aspektach i cała trasa do uzyskania końcowego efektu sprawia mi wielką frajdę. Wlicza się w to czytanie wzoru, a nawet odnajdywanie błędów w schemacie i ich naprawianie! Kto wie, czy się na starość nie wyspecjalizuję, bo już kolejny wzór czeka i nici też przygotowane, więc to już by była trzecia z rzędu. 

Pierwszą z nich robiłam "po nic", po prostu wzór mi się spodobał i postanowiłam, że biorę się za to, zwłaszcza, że kordonki też miałam z jakichś zasobów sprzed kilku lat, też kupione nie wiadomo po co. O, taka, kolor bardzo bardzo bladego różu. Się sprzedała, ma więc swój nowy dom, mam nadzieję, że troskliwy.

Pochwaliłam się nią publicznie i pewna obca osoba poprosiła mnie o wykonanie takiej (tylko większej) serwety na zamówienie, ale przeraziłam się i odmówiłam. Jednak teraz zastanawiam się, czy nie zmienić decyzji. Tamta miałaby mieć średnicę 130 cm i to mnie najbardziej zestresowało, ale jeśli teraz zrobiłam metrową, to w sumie... już niedaleko. Miałby to być dla tej osoby składkowy prezent emerytalny od koleżeństwa z pracy.

Jest jeszcze kwestia ceny i to zarówno jej wysokości, jak i samego sposobu rozliczenia płatności. Tanio ode mnie kupić się nie da. Albo sprzedaję drogo, albo daję w prezencie i tylko te dwie ewentualności wchodzą w grę. Zastanawiam się teraz, ile by miała kosztować taka praca i jaką część płatności powinnam dostać z góry, a jaką po wykonaniu. Nie wiem. Ale wiem kto wie i gdzie tego szukać, więc znajdę.

Serwety na drutach są lekkie i delikatne jak pajęcza sieć i nie da się ich porównać z szydełkowanymi obrusami i serwetami. Szydełko daje wyrób gęsty, zwarty, ciężki i przez to bardziej sztywny, a tu mamy coś zupełnie innego. Precyzja i trudność wykonania też jest zupełnie inna - trzeba ogromniej uważności bo prucie (zarówno przypadkowe i niechciane, jak i kontrolowane) takiej koronki, to jest horror. 

Nowa serweta będzie prawdopodobnie narzucona jako abażur na lampę - albo u Starego na górze, albo u mnie na dole.

17 sierpnia 2026

Dziś muszę zarekomendować autora, który reprezentuje gatunki literackie nie do końca mi bliskie, a jednak sięgnęłam po niego zachęcona przez niezawodną i niestrudzoną moją czytelniczkę i komentatorkę - Ludolfinę. Najpierw były "Poczwarki", potem "Kukułcze jaja z Midwitch", a dziś zaczęłam "Dzień Tryfidów". No naprawdę, bardzo smakowita literatura, a dla mnie na tyle pociągająca, że wytraciłam wszystkie zapasowe punkty w Audiotece na ich zakup. Autor to John Wyndham (1903-1963).

Ostatnio scrollowałam listę kupionych i wysłuchanych tytułów i trochę już tego jest. Oczywiście słuchanie to nie to samo, co czytanie, ale czasy są jakie są i ja (z moim multitaskingiem) z upodobaniem wsiadłam do tej bryczki. Słucham w ogrodzie, podczas różnych monotonnych prac, angażujących bardziej ręce niż mózg, słucham podczas dziergania, jazdy autem, sprzątania, gotowania - choć w tych dwóch ostatnich przypadkach wolę podcasty publicystyczne. I oczywiście wiem, wiem... nie ma szeleszczących kartek i zapachu farby drukarskiej, ale i tak - 60 książek mniej lub więcej - jest różnica.

Zrobiłam sobie screeny z zakładki "Moja półka" i zobaczcie, czego ja się tu przez te kilka lat nasłuchałam. Dwie pozycje zamazane na czerwono dostały się tu jakimś dziwnym trafem jako niechciana i niewykorzystana promocja, więc ich nie liczę. Było kilka pozycji, które mi się stanowczo nie spodobały - czasem z powodu samej treści (Michelle Obama, Naomi Watts), a czasem nie leżał mi głos, czy sposób artykulacji lektora ("Nomadland"). Tu należy wspomnieć, że czasem książkę czyta lektor i tu zdarzają się wspaniałe głosy, takie że potem się szuka kolejnych pozycji "po głosie" lektora. Oczywiście lektorami bywają też profesjonalni aktorzy, ale zdarza się, że książka jest czytana przez samego jej autora. Ciekawe są superprodukcje, realizowane jako słuchowiska i czytane przez cały zespół lektorów i jest to po prostu teatr do słuchania ("Zbrodnia i kara", "Księgi Jakubowe"). Abstrahując od osoby lektora, to nieprzytomnie zachwyca mnie proza Jakuba Małeckiego, co zresztą widać na obrazkach poniżej.

Fajne jest to, że zanim kupię całą książkę, mogę wysłuchać dość miarodajnego, bo kilkudziesięciominutowego fragmentu, dostępnego bez opłat i to pozwala już nabrać przekonania - tak czy nie.

A oto zestawienie, te na dole to pierwsze moje zakupy, a te u góry ostatnie, w tym "Dzień tryfidów" aktualnie w słuchaniu.

13 sierpnia 2026

Wczoraj świat ogarnęła euforia i psychoza w związku z częściowym zaćmieniem słońca, które widoczne było w Polsce (bo całkowite to tylko w Hiszpanii, ale nie jechałam). Mało tego, również w Polsce nie oglądałam, bo stwierdziłam, że skoro nie jestem wyposażona w okulary, to się nie ma co wydurniać i oglądałam sobie streaming na żywo Karola Wójcickiego, którego profil "Z głową w gwiazdach" obserwuję od dawna.

I tu zaczęłam grzebać w zdjęciach, bo mi się przypomniała niezwykła aura podczas całkowitego zaćmienia słońca w sierpniu 1999, kiedy to oglądaliśmy je z dziećmi na krakowskim Rynku Głównym. W kulminacyjnym punkcie ludzie siadali na płycie Rynku, tak normalnie na ziemi i wszyscy odwróceni w jednym kierunku, no naprawdę było to niesamowite, a zwłaszcza kolor świata był wtedy niesamowity i to, jak powracały kolory już po zaćmieniu. Posiadane zdjęcia pokazują, że byliśmy też wtedy w Wieliczce, na Wawelu i w Smoczej Jamie, a także na Słowacji i w Rytrze, gdzie spędzaliśmy wakacje kilka lat z rzędu.

Pierwsze zdjęcie to jest chyba na Szewskiej, Młoda gapi się w słońce


Na drugim - Collegium Novum UJ, gdzie tłumaczyłam córce (wtedy gimnazjalnej), że jeśli studiować, to nie byle gdzie (a tu też gapi się w słońce)


A na ostatnim - macają (na szczęście) serce Dzwonu Zygmunta na Wawelu.


Młoda miała, jak widać, zagipsowaną rękę, chyba złamany palec, czy co, ale ja tego zupełnie nie pamiętam.

Jak więc widać, zaćmienia słońca z niejednego pieca jadłam.

08 sierpnia 2026

Jestem, żyję, jogę robię cały czas, jakby kto pytał. Mało tego, to skoczyłyśmy se nawet z Lalką na jogę do Miasta i mamy ochotę skoczyć znów. 

Z powodu nieprawdopodobnego zapchania dużej zamrażarki owocami, skończyła mi się faza na mrożenie i muszę się przeorganizować. Wyrzuciłam kiedyś ze swojego życia robienie przetworów do słoików, bo zdarzały mi się skuchy i słoik jeden czy drugi fermentował, a to mnie nieprawdopodobnie stresowało. Jestem bowiem skąpa z natury (po ojcu) i mam tzw. ból dupy na myśl, ile pracy w to włożyłam - od wysiania nasionek aż do wyniesienia przetworów do piwnicy - i jaka potężna energia się zmarnowała. I mam tu oczywiście na myśli wszystkie nakłady materialne i niematerialne.

Postanowiłam więc z tym skończyć i przeszłam na mrożenie. Powyrzucałam i porozdawałam wszystkie słoiki, a w piwnicy zagnieździłam się z maceratami i octami. No ale nie ma wyjścia, trzeba będzie się przeprosić, przynajmniej częściowo. Na pewno zacznę od wyrzucenia ogórków kiszonych, które kisiłam zawsze dla Młodego. Jak przyjeżdżała, to żarł te ogórki całymi słoikami i był zachwycony, a ja również, wiadomo - serce matki. Ostatniej tury jednak już nie skonsumował i niektóre z tych słoików wyglądają jakoś nietenteges, a my kiszonych ogórków nie lubimy, co świadczyć może o tym, że nie jesteśmy prawdziwymi Polakami.

Pierwszym przetworem, nazwanym roboczo "Leczo 1" napchałam cztery słoiki i właśnie się pasteryzują. Wyszło pyszne, bo wczoraj było też na obiad, więc zostało sprawdzone. Skład to pomidory własne od Lalki i oliwa z Cypru także, a reszta moja: cukinie, młode dyńki, pory, czosnek, rozmaryn, selery i pietruszka (całe, nawet z łodygami), fasolka szparagowa. Doprawiłam pieprzem, solą, zielem angielskim i jałowcem oraz octem porzeczkowym własnej roboty z porzeczek własnej uprawy, ufff! I jeszcze dwie sklepowe papryki, czerwone szpiczaste. 

Myślę, że pojawi się jeszcze "Leczo 2" i może kolejne, a skład będzie modyfikowany wraz z upływem sezonu wegetacyjnego. Jeśli ktoś jeszcze na świecie nie widział, jaki mam boski warzywnik, to zapraszam na roleczkę. 

24 lipca 2026

Ponieważ teraz są modne różne jogi szczegółowe, jak na przykład "joga twarzy", "joga w krześle" czy "joga na tarasie", to i ja postanowiłam nadążać za czasami i mam swoją jogę na tarasie. No bo jak Stary wykończył tarasik i ustawiliśmy tam stolik i krzesła, to... aż się prosiło rzucić jeszcze matę. I tak jakoś samo z siebie się porobiło, że od połowy lipca robię sobie codziennie krótką praktykę (tak z pół godziny), rano przed śniadaniem. Wczoraj pierwszy raz mi się tam zachciało wejść do stania na głowie, ale zaniechałam, bo wiało dość mocno i trochę mi dziwnie było, bo ja przecież nie wiem, jak się na wietrze stoi na głowie! Ale dziś już nie wiało. 

Nuka wreszcie przestała sobie wyłamywać pazury i już od dłuższego czasu jest spokój, ale też pilnujemy ich skracania, a ona znosi to z niezwykłym spokojem. Najpierw co prawda ucieka i próbuje uniknąć, ale jak już widzi, że nie ma wyjścia, to się kładzie na podłodze i grzecznie leży. Ja siedzę jej przy głowie z głaskankiem i pochwałami, a Stary kolejno oporządza wszystkie pazury. I naprawdę nie trzeba jej w żaden sposób przytrzymywać czy unieruchamiać, bo ona leży spokojnie i cierpliwie poddaje się egzekucji. Tresowana niemiecka maszyna.

16 lipca 2026

Dwa posty tego samego dnia - omatkoicórko, koniec świata! No ale skoro tarasik się podoba, to pokażę Wam tu jeszcze filmik

Dodam, że Stary zwariował i dziś rozpoczął robienie wędzarni. Wczoraj przyjechały deski na szalunek, a już dziś szalunek został umocowany w miejscu docelowym. Przedmiotowa dziura w ziemi powstała już dawno, więc trochę sobie poczekała na dalsze prace i zarosła pokrzywami oraz innym zielskiem, ale dziś została odchwaszczona i wydobyta na światło dzienne. Dziura wyznacza zarys fundamentu, bo wędzarnia będzie ulokowana w murku, który stanie na tym fundamencie. Szczegóły nastąpią.

Powoli mija lato i choć lipiec mamy chłodny, to akurat chwilowo jest gorąco i padłam w środku dnia i zaległam. 

Mamy w tym roku w ogrodzie klęskę urodzaju i wreszcie są owoce, prawie wszystkie! Mam porzeczki czarne i czerwone, pochrupałam trochę agrestu i podskubuję jeżynomaliny, kończą się już czereśnie, zaczęły się maliny. Będą jabłka, gruszki i borówki. W zestawieniu z ubiegłym sezonem, kiedy nie było prawie nic, to jest naprawdę szaleństwo. Jest przy tym oczywiście kupa roboty i nie nadążam ze wszystkim tak, jak bym chciała, a doba nie jest z gumy.

Mam też ładne warzywa w moich skrzyniach, natomiast niezbyt imponująco zapowiadają się pomidory w foliaku - jakoś mi się wydaje, że słabo się zapylają, bo kwitną i kwitną, ale niewiele owoców wiążą. 

Na bieżąco pilnuję róż - są wszystkie podlane i ogławiane/przycinane kiedy tego wymagają. Nie jestem natomiast w stanie dopilnować odchwaszczania, więc tu działania odbywają się zrywami w stylu rozpaczliwym. 

Powoli, w miarę obserwowania ogrodu, rysują nam się plany pewnych reorganizacji jesienno-zimowych, które mają na celu zapobiec wypruwaniu z siebie flaków na tych naszych areałach. Będzie przeorganizowany maliniak, z ograniczeniem ilości malin i to jest nowy pomysł, moim zdaniem zmiana niezbędna. Co roku bowiem nie mogę się wyrobić z odchwaszczaniem malin, a chwastami są tam głównie pokrzywy, co skutkuje tym, że rzucam się do ich wyrywania dopiero wtedy, gdy sięgają po pas, bo jednocześnie zaczynają się już rumienić maliny i nie ma jak się do nich przedostać. 

W lipcu, jednym żwawym zrywem, Stary zrobił cudny tarasik w miejscu, gdzie najczęściej latem przesiadujemy, tuż przy tylnym wyjściu na ogród, przy ścianie domu. Był tam zwykły typowy starodawny podest z betonu, a obecnie jest drewniany taras ze stopniami z belek konstrukcyjnych odzyskanych poremontowo z naszego domu. Super jest teraz to miejsce, a "before i after" robi chyba wrażenie!

05 lipca 2026

Muszę złożyć meldunek o zmianach w Gospodarstwie, bo dawno nic nie było. Wiatka jest ukończona, no prawie, ale jak ja znam życie, to te wykończenia będą teraz trwały dziesięć lat, bo Stary przerzucił się już na drugą stronę budynku i znienacka tam machnął drewniany tarasik. Jednak i taka niewykończona wygląda pięknie i nawet jej tam wczoraj dałam krwistoczerwone pelargonie (a mowa tu o krwi żylnej).


Wiatka przechowuje również chwilowo motor kolegi, który przyjechał do nas któregoś popołudnia, po czym trzasnął, strzelił i zaniemógł - motor znaczy, nie kolega. A kolega to nawet się ucieszył, bo mógł się napić nalewki i został odwieziony do domu (a te zdjęcia to widzę, że znowu chyba robione brudnym telefonem!).

I naprawdę jest tu teraz CICHO! Coś niesamowitego, jak ta zmiana jest odczuwalna w naszym domu i w ogrodzie. Jak cicho jest w nocy! A już na trasie do Słupska, tą drogą niegdyś krajową, a obecnie wojewódzką - trudno spotkać współużytkowników. I jedzie się tak, jakby to był, nie przymierzając, amerykański film drogi! Co prawda trzeba czasem postać na dwóch już odcinkach ruchu naprzemiennego, regulowanego światłami lub bardziej tradycyjnie - machaniem rąk ludzkich, ale wiadomo, że to przejściowo. 

Wczoraj pojechałam tą drogą na randkę z mężem i to był mój grzeszny dzień, bo żarłam pizzę na obiad, czyli białą mąkę, która mi rozwala system. Stary co prawda dostał pizzę tam, gdzie chciał, ale za to musiał potem po mnie przyjechać drugi raz, bo po pizzy oddaliłam się na spotkanie towarzyskie przy winie. Dziś dzień w podobnym gronie, ale już nie towarzysko, tylko popracujemy przy organizacji Dnia Otwartego w schronisku, a na koniec sobie wezmę Lokisa na spacerek. Ostatnio zabłądziłam z nim w lesie i musiałam się posiłkować mapą Google, bo chyba bym sama nie dała rady wyleźć na trasę powrotną. 

W moim spokojnym wiejskim życiu emerytki podoba mi się też to, że jak sobie przesadzę dwa kwiatki i upierdzielę ziemią parapet w pokoju, to go sobie mogę posprzątać pojutrze i nie zakłóca mi to przepływu energii w umyśle. 

28 czerwca 2026

No i mamy to, proszę państwa - mamy imię zmienione na "Józef". Z twórcą strony jestem w kontakcie, być może skontaktuję się też z prawnukiem Józefa, który mieszka w Belgii, ma na imię Christophe i nie mówi po polsku. Muszę też wreszcie poszukać tego zdjęcia, zwłaszcza, że już ciocia seniorka z Wrocławia obiecała pomoc w identyfikacji. Ach, jak by się mama ucieszyła!


W ostatnich dniach znacznie nam się poprawił komfort życia w naszym domu i ogrodzie, bo w związku z oddaniem do użytku nowego odcinka ekspresowej "szóstki" odsunął się od nas ruch samochodowy na osi Trójmiasto - Szczecin. Dotychczas mieliśmy tę trasę o kilometr od nas i niestety hałas był słyszalny i dokuczliwy, a zwłaszcza w weekendy, a zwłaszcza w wakacje - i to zarówno w dzień, jak i w nocy. Teraz, w pierwszy piątek wakacji, kiedy niekończące się kawalkady aut biznesowo turystycznych powinny się  przetaczać tam i z powrotem czyniąc smród i hałas - była cisza. Co jakiś czas słychać było oczywiście pojedyncze pojazdy, ale różnica jest KOLOSALNA. Nasza stara dojazdówka do Słupska jest teraz drogą lokalną, czekaliśmy na to długo i wreszcie się stało.

18 czerwca 2026

Zanurzyłam się ostatnio w pewien projekt, który wiąże się z poszukiwaniami w listach i zdjęciach rodzinnych. Ponieważ przedwczoraj poświęciłam już kilka godzin na wyprodukowanie pewnego maila, to dziś przytoczę go tu w całości, bo nie ma sensu pisać tego od nowa. Uprzedzam - lektura dla wytrwałych!

MN kierownik@staremelodie.pl:

 Dzień dobry,
                zaczęło się wszystko kilka lat temu od słuchania cyklu audycji Jana Emila Młynarskiego (już nie pamiętam czy w Trójce czy w Radio Nowy Świat) i była tam kiedyś mowa o tworzeniu elektronicznych baz danych tej dawnej muzyki. I wkrótce trafiłam na zapis o autorstwie piosenki „Czarnoksiężnik”, i osłupiałam na widok imienia – Tadeusz???

Kiedy żyła moja mama, to całe życie słyszałam o jej ulubionym wujku Józku – Józefie Kuroczko (1911-1968), bracie jej mamy (czyli mojej babci) i o jego muzycznych zainteresowaniach. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten wujek był przez jakiś czas (od 1949) dyrektorem pedagogicznym zespołu „Mazowsze” i że był autorem piosenki „Czarnoksiężnik”, którą w czasach powojennych nadawało Polskie Radio. Wielokrotnie nawiązywała do tego w opowieściach moja mama. Zapewne pisała też o tym w swoich licznych listach, ale na razie nie dotarłam do takich wzmianek w sporym i jeszcze nie uporządkowanym archiwum, które zgromadziłam.

Również brat mojej mamy o tym opowiadał i nawet w spisanych przed śmiercią wspomnieniach, dotyczących zresztą głównie jego pracy zawodowej, dołączył kartkę z informacją o tej wujkowej piosence i przytoczył tam z pamięci fragment tekstu od słów: „gdybym miał skarby…”.

Natknęłam się również w sieci na dostępną w PDF monografię Liceum Pedagogicznego w Wymyślinie, gdzie niegdyś mieszkał i pracował Józef Kuroczko; obecnie jest to część miasta Skępe, kujawsko-pomorskie. I proszę zobaczyć, co my tam mamy na s. 24 (dół) i 25 (góra):

https://kpbc.umk.pl/Content/92717/PDF/Licencje_076_10.pdf
(jest tu zresztą także pomyłka – syn Józefa miał na imię Jerzy, a nie Wojtek)

Z licznego rodzeństwa Józefa Kuroczko, wieku dorosłego dożyło tylko troje dzieci: najstarszy brat Eustachy, moja babcia Olga i właśnie on, Józef. Eustachy był w swoich czasach znaną postacią życia publicznego, więc jego losy są dość dobrze udokumentowane (autobiografia wydana drukiem w 1962, zachowane liczne przemówienia i artykuły, nota na Wikipedii). Babcia Olga była zaś zawsze ważną postacią życia rodzinnego.

Józef natomiast pozostał w opowieściach i wspomnieniach rodzinnych i jest najmniej mi znany z nich trojga, mama jednak zawsze podkreślała, jaki był jej bliski i lubiany (jego córka została zresztą moją chrzestną matką). Być może mam gdzieś w zbiorach jego zdjęcie, ale muszę to sprawdzić, bo jeśli nie jest podpisane, to ja sama nie będę go w stanie rozpoznać.  Myślę jednak, że posługując się dostępnymi źródłami, byłabym w stanie zredagować przyzwoitą notę biograficzną Józefa Kuroczko. Od lat prowadzę drzewo genealogiczne mojej rodziny, interesuję się bowiem tym tematem i pewnie też dlatego posiadam sporo różnych strzępów informacji, z których można poskładać całość.

Natomiast nie udało mi się nigdzie odnaleźć żadnych wzmianek o niejakim Tadeuszu Kuroczko, pojawia się on wyłącznie w tej jednej informacji, odnoszącej się do piosenki „Czarnoksiężnik”, zresztą ze znakami zapytania. Czy nie jest to więc pomyłka?

Zbyt dużo może tego pisania, ale chciałam żeby było solidnie i teraz proszę rozsądzić, na ile moje informacje mogą być dla Pana wiarygodne i przydatne. Ponieważ mieszkam w pobliżu Słupska, a jutro Pan Młynarski ma tam w bibliotece spotkanie autorskie, na które się wybieram, to pomyślałam, że to może jest ten impuls i moment, żebym wreszcie zabrała się za tę sprawę, bo jestem chyba ostatnią osobą w rodzinie, która może spróbować ją wyjaśnić.

P.S. Zaczynam przeglądać listy mojej mamy i właśnie natknęłam się na fragment o wspólnym muzykowaniu rodzeństwa (Eustachego, Józefa i Olgi): "bracia Mamusi grali na gitarach i pięknie śpiewali (tenorzy), moja Mamusia śpiewała sopranem, ale nie miała wyszkolonego głosu w odróżnieniu od braci […] gdy wszyscy mieli już swoje rodziny, spotykali się razem i cudownie śpiewali, pamiętam te ich koncerty”

11 czerwca 2026

Pada i pada i ogród jest już namoknięty jak gąbka. Z jednej strony to radość, ale z drugiej, to chyba dziś trzeba rozpalić w piecu i puścić grzanie na podłogówkę, żeby gdzieś dosuszyć pranie, zmoczone psie kocyki i posłania. No bo zamiast żeby w nocy lało, a w dzień było słonecznie, to żadnego w tym umiaru!

Mamy u Nuki problem z pazurami, które wyłamują się jej nagminnie. Pierwszy był zimą i to mógł być incydent, bo było wtedy wszędzie bardzo utrudnione chodzenie po tym zamarzniętym śniegu. Ale teraz, od 25 maja to już jest trzeci wyłamany pazur, przy czym po pierwszym była konieczna sześciodniowa kuracja antybiotykiem w zastrzykach, bo przyplątał się od razu stan zapalny. Przypuszczamy, że ma to związek z niedoczynnością tarczycy, wykrytą u niej w marcu, kiedy to hormony wyszły w badaniu poniżej poziomu wykrywalności. Od tego czasu ma włączone tabletki hormonalne i mamy nadzieję, że jak jej się już wyrównają te poziomy, to i pazurki się wzmocnią. Bo to, co jej się wyłamuje, to są przecież stare pazury, które wyrosły w czasie, gdy już na pewno chorowała na tarczycę, a nikt jeszcze o tym nie wiedział. Oby te nowe odrosły mocniejsze, bo serce pęka, gdy pies cierpi. 

A tymczasem na bieżąco staramy się korygować długość tych pazurów, obcinając po malusieńkim kawałeczku co kilka dni, żeby nie zahaczyć o macierz w ich wnętrzu. Stary używa do tego celu zestawu do cięcia kabli, a sunia przecierpliwie znosi te zabiegi. Na naturalne ścieranie pazurów nie ma co liczyć, bo cały ogród jest trawiasty, a zresztą te pazury rosną jej bardzo nierównomiernie - jedne prawie wcale, a inne znów jak pierdolnięte. No a łapy u owczarki stawiane są nieskładnie, zwłaszcza te tylne, wiadomo, choć na szczęście nie jakoś drastycznie. 

06 czerwca 2026

Wkurzyłam się dziś na groszek i podjęłam decyzję, że idzie na kompostownik. No bo rośnie i rośnie i owszem - wyprodukował piękną masę zieloną, ale nie o to mi przecież chodziło! Cała kwadratowa skrzynia zajęta, a ten nie kwitnie i już. W ubiegłym roku było to samo i ilość wyprodukowanego zielska była przeogromna, choć przyznam, że groszku też w końcu było sporo. Ale trwało to strasznie długo, zanim te strączki się zaczęły pojawiać. Zajechałam więc z taczką, żeby wyrwać to zielsko i posiać tam fasolkę szparagową, a tu patrzę - kwitnie ten złośliwy gad. No to go zostawiłam. Przygotowałam też od razu wielodoniczki i tam wysieję tę fasolkę, a potem zobaczę. 

Stary zarzyna się przy tej wiatce i całe dnie tam spędza, a widzenia mamy tylko podczas spożywania posiłków, które ja wykonuję i serwuję przy stoliku pod platanem. Obecnie trwają pracę przy wypełnieniach ściany szczytowej.

A jak ściana będzie już gotowa, to posadzimy tu różę pnącą Łukasza Rojewskiego Winterfell, która czeka już w wielkiej donicy przemysłowej i ma pełno pączków kwiatowych!

A ja dziś przycinałam bukszpanowe obwódki różanek, co też jest dość męczące, bo trzeba się cały czas pochylać i krzyż boli. Wywiozłam na kompostownik dwie pełniutkie taczki tej bukszpanowej zielonej  kaszy. Obwódka z przodu najstarszej różanki, która lata temu powstała z ukorzenionych przez nas w domu zimą około dwustu bukszpanowych patyczków, będzie jesienią przetransplantowana na tył tejże i już się nie mogę doczekać, bo pociągnie to za sobą rewitalizację całej różanki, o co aż się prosi i na pewno róże się ucieszą. 

05 czerwca 2026

Mamy więc kolejne Boże Ciało w tym domu - SIEDEMNASTE! Kiedy to minęło? Wprowadzaliśmy się dokładnie w Boże Ciało 2010 i wtedy wypadało ono 3 czerwca. Mieliśmy pożyczony od kogoś na święto jakiś samochód dostawczy i przewoziliśmy resztę gratów ze słupskiego mieszkania - wiele razy tam i z powrotem. Metoda była całkiem gospodarcza, chłopy w osobach: Stary, Młody i Kolega Młodego, rozładowywali wszystko na miejscu i wracali po kolejne. A ja z pieskiem naszym ówczesnym szykowałam kolejne tury.

Wspominam zawsze ten moment, kiedy to mieli przyjechać po ostatnie kartony i po mnie, a w mieszkaniu było już puściuteńko i nie było na czym usiąść ani się położyć, a kręgosłup wołał o pomoc. Mieliśmy wtedy w dużym pokoju wielką zabudowę z szafami aż po sam sufit i podłoga w tej szafie była wyłożona grubą wykładziną dywanową. Weszłyśmy więc z Dumką do tej szafy i położyłyśmy się na tej wykładzinie i tak, przytulone, leżałyśmy czekając na ostatni przeprowadzkowy transport.

Zawsze gdy odliczam te lata zamieszkania w różnych miejscach, to mi wychodzi, że w Słupsku mieszkałam najdłużej, no a potem to oczywiście Miasteczko. A teraz co się narobiło? W Miasteczku szesnaście lat i tutaj też szesnaście, to skąd ja bardziej jestem, no skąd?


Długi weekend to oczywiście wytężona praca w Gospodarstwie. Stary nadal grzebie się z wiatką, teraz przyszedł czas na wypełnianie przestrzeni pomiędzy belkami i tworzenie szachulca. Na froncie będą wypełnione tylko dole kwatery, na szczytowej ścianie - wszystkie. Stan na wczoraj wygląda tak:

A ja w tym czasie czołgam się po ogrodzie, wyszarpując chwasty i produkując tony biomasy na kompostowniki. O tej porze roku z wiadomości ze świata interesuje mnie najbardziej prognoza pogody, a w szczególności - będzie padać, czy nie będzie. Bo każda z tych opcji generuje inne prace w ogrodzie i wymaga innego rozplanowania czasu. Do tego jeszcze muszę przecież uwzględnić czas na przygotowanie posiłków i zrobienie zakupów, żeby było z czego te posiłki wyprodukować. 
Jutro wybieramy się na małą jogę sobotnią, prowadzoną przez kilka osób z naszej grupy, które pod okiem Andrzeja przygotowują się do roli nauczycieli. Boże Ciało pozbawiło nas w tym tygodniu czwartkowej praktyki, więc chętnie korzystamy z tej soboty.  

29 maja 2026

Trochę się odgruzowałam z powyjazdowych zaległości ogrodowych i nawet byłam już dwukrotnie w schronisku. 

Tymczasem Nuka znów sobie wyłamała pazur, tym razem w przedniej łapce i Stary jeździ z nią na zastrzyki, bo jej się w ciągu dwóch dni rozkręcił stan zapalny. Całe szczęście, że choć na weekend dają nam te strzykawki do domu i Stary wtedy sam jej już podaje.  Przez ten pazur łapka ją bolała, była smutna i nie chciała chodzić, a więc cierpiał i Gucio, bo stracił towarzyszkę ogrodowych zabaw i wyścigów. Kiedy więc Stary pojechał z Nuką do lecznicy, to poszłam z samym Guciem na spacer w pola, żeby sobie  trochę poszalał, ale powiem szczerze, że spacer z jednym psem jest zupełnie do dupy i aż się poryczałam, bo mi się ciągle Burek przypominał i tam w tych polach bardzo łatwo jest za nim zapłakać.

A znów ta Nuka i długie spacery w pola to nie jest dobry pomysł i tego robić nie będziemy, bo ona w ogrodzie ma tyle ruchu, swobody i aktywności, że jej to w zupełności wystarczy; w życiu chyba tego nie miała w takich ilościach.

Aktywna staruszka, jak ja!

26 maja 2026

No i minął prawie miesiąc od ostatniej notki i już nawet miałam osobiście zadawane pytanie, dlaczego nie piszę... no cóż, pochłania mnie ogród, który o tej porze jest bardzo piękny, ale i wymagający czasu i zaangażowania. A w dodatku byłam w tym czasie aż sześć dni poza domem, co jest potężnym kawałkiem wyrwanym ogrodowi w maju. 

Zaliczyłam wypad do Miasteczka i wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca w Czechach. Przy okazji zrobiłyśmy historyczne zestawienie naszych dorocznych spotkań i powstał przyszłoroczny plan -Warszawa i też pod koniec maja.

Postaram się pisać częściej, choć po kawałeczku, a na razie tylko sygnał, że żyję. I lecę sadzić na warzywniku ogórki i cukinie, bo rozsada wciąż w wielodoniczkach!

28 kwietnia 2026

Maj zapowiada mi się bardzo pracowicie i będzie obfitował w ważne wydarzenia. Po pierwsze jadę do diabetologa do Gdańska, do pani doktor, którą wynalazłam w sieci w sytuacji niemożności umówienia się do mojej diabetolog w Słupsku, choć... czy ona jest moja to nie wiem, bo byłam u niej zaledwie dwa czy trzy razy. Nie widziałam diabetologa ponad dwa lata, a miałam się raz w roku pokazywać, więc czas się ruszyć. 

W maju też jest doroczny schroniskowy festyn, na którym już trzeci raz będę się wystawiała charytatywnie z moimi octami i kremikami. Muszę przygotować całą ofertę i wystrój stoiska, a z tym jest sporo roboty. Z octami to tylko rozlewanie i etykietka z nazwą, ale z kremikami większa kołomyja, tym bardziej, że nie do końca jeszcze wiem jakie będę robić i muszę w najbliższych dniach to zaplanować. No i opracowanie etykietek dłużej tu trwa, bo w opisie są podawane wszystkie składniki i trzeba uważać, żeby czegoś nie pomylić i nie przeoczyć, bo na przykład jedne panie są uczulone na wosk pszczeli a inne nie cierpią oliwy i czują ją w kremie, jeśli zioła macerowane były właśnie w oliwie. Ponieważ caluteńki utarg oddaję schronisku, to w tym roku poprosiłam ich o zakup opakowań - słoiczków i butelek.

Kolejnym majowym wydarzeniem będzie wyjazd z moimi Lejdis do Ołomuńca na nasz doroczny integracyjny weekendzik. Mamy tam wynajęte mieszkanie, a jedziemy do Ołomuńca pociągiem czeskich linii z Krakowa.

O koncercie już mi się nie chce teraz pisać i żałuję, że nie napisałam od razu, ale nie tak łatwo wracać i oglądać się za siebie, kiedy tyle rzeczy ciągnie mnie do przodu. I gdzie znowu jest to TU i TERAZ, no gdzie?

25 kwietnia 2026

Wczoraj był dzień mojej przezajebistości, dzień tak zagęszczony i naładowany różnymi rzeczami, jak mi się rzadko zdarza w moim spokojnym życiu emerytki.

Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojadę rano do mojej przychodni na pobranie krwi na badania, przy okazji wskoczę na parę minut do pobliskiego miejsca dawnej pracy (w celach papierkowych), a potem wrócę do domu, zjem śniadanie i jadę do Lokisa. I to by mi już wystarczyło, zważywszy, jak skomplikowana jest logistyka moich miejskich wypraw. Do miasta wjeżdżam bowiem tylko kawałeczek i tam parkuję w małym centrum handlowym, a dalej przemieszczam się komunikacją miejską, tym razem z siuśkami do badania w torebce.

Jednak w czwartkowe popołudnie dostałam wiadomość, że w centrum miasta czeka na mnie do odbioru miejscówka na koncert, o którym marzyłam, a na który biletów już nie dostałam, bo za późno się zorientowałam. Osoba, która dysponowała wejściówką, wybierała się na ten koncert, ale w ostatniej chwili musiała zrezygnować i to ja na tym skorzystałam. 

Tak więc po badaniu i papierkowaniu oraz uściskach z kilkoma osobami, które spotkałam na szkolnych korytarzach, zjechałam do centrum miasta i tam odebrałam swoją wejścióweczkę w eleganckim sekretariacie. Potem już mogłam dotrzeć na parking i po zrobieniu szybkich zakupów wyruszyć do domu na śniadanie. Zjadłam, dokonałam niezbędnych obrządków, czyli otworzyłam foliak i powynosiłam na werandowanie skrzynki z rozsadą pomidorów i natychmiast wyjechałam do schroniska. 

Na poranne badania wyruszyłam równo o 8:00, a już o 11.45 zasuwałam z Lokisem do lasu. Lokis, mój trzeci pies zaoczny, mieszka od paru dni na kwarantannie, bo ma wreszcie włączony plan odchudzania. Dostaje odmierzaną dawkę karmy dla grubasów i siedzi teraz w jednoosobowej schroniskowej celi, dzięki czemu nie ma kogo obżerać. Dla mnie to wygoda, bo mogę sama go wziąć na spacer i nie muszę szukać drugiej osoby, która weźmie też z boksu jego towarzysza.

Znalazłam niedawno superancko piękne miejsce w lesie i tam z nim chodzę na samotne miłe spacery, które są zawsze czasem spokoju i spowolnienia. Oprócz tego łażenia i bardzo pracowitego węszenia, Lokis potrzebuje wciąż nauki kontaktu z dotykiem ludzkiej ręki i spokojnym głosem człowieka, a także oparcia i dodania pewności w chwilach przestrachu i zaskoczenia nieznanymi dźwiękami i widokami. Mamy tam stare drzewa, świetliste polanki, wielki wąwóz i strumyk, jest tam też coś w rodzaju jeziorka, otoczonego podmokłym terenem, a to już jest dla niego największa frajda i przyjemność.

Lokis uwielbia bowiem wodę i kiedy ją tylko poczuje, to muszę mieć się na baczności i wdrażać intensywne hamowanie butami, żeby się nie skąpać razem z nim. Aż miło patrzeć, ile on z tego czerpie radości! Brodzi, człapie w wodzie, kładzie się w niej z lubością i chętnie posiedziałby tam chyba z godzinę. No a potem i ja jestem już ubłocona, nie da się inaczej. Ostatnio po spacerach idę z nim jeszcze do nowego psiego parku przy schronisku, gdzie jest czas na swobodne chodzenie bez smyczy. Ostatnio (i wczoraj znów!) zaczął się bawić, chwytając rzucony sznur do przeciągania. Podrzucał go sobie i chwytał znów, skakał, warczał, podbiegał - aż miło było patrzeć. I wyraźnie widać, że zabawa to nie jest coś, z czym miałby on do czynienia w swoim przedschroniskowym życiu.


Po powrocie do domu szybko zjadłam obiad i natychmiast się położyłam, bo wiedziałam, że mam na ten relaks tylko niespełna pół godzinki, miała bowiem do mnie przyjść na kawkę sąsiadka ze wsi, z którą kiedyś często się spotykałyśmy, a teraz już z rzadka i dawno jej nie widziałam. Wygoniłam ją równo o 17:00 bo musiałam przecież wykonać kolejną w ciągu tego dnia zmianę wcielenia na miastowe wieczorowe, tym bardziej, że jeszcze niedawno wyglądałam tak:
Już się nie będę dłużej rozpisywać, w każdym razie wieczorny koncert był cudowny, ale o tym napiszę pewnie w kolejnej notce.

Mamusiu -  powiedział Młody, któremu opowiedziałam to wszystko przez telefon - jest coś takiego, jak choroba afektywna dwubiegunowa, która charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji, a ja mam wrażenie, że u ciebie występuje tylko ten pierwszy rodzaj. 

Ale mu zaraz wytłumaczyłam, że objawy depresji to ja mam codziennie od 18.00, kiedy to zalegam na sofie z robótką lub nawet bez niej, bo nie mam siły wziąć drutów do ręki.